Nie bolało tak bardzo, jak się spodziewała. Ból był, oczywiście, ale nie odbierał zmysłów
ani nie paraliżował woli. Dawał się wytrzymać. Kilka miejsc – tam, gdzie wbito haki –
pulsowało tępo, czuła, jak strużki krwi spływają jej po plecach i piersi, ale w gruncie rzeczy
to było nic. Na dobrą sprawę mogła podnieść ręce i dotknąć tych ran. Mogłaby, gdyby była
jedną z tych na wpół mitycznych bohaterek z opowieści Verdanno, złapać pęk rzemieni, na
którym wisiała, i podciągnąć się w górę. Podciągnąć się jedną ręką, drugą wyciągnąć haki,
opuścić się bezszelestnie na ziemię, udusić strażnika i uciec.
Tak.
Te myśli najdobitniej świadczyły o tym, że odpływa w obłęd, ale dzięki nim zrozumiała,
na czym polega ta tortura.
Nie dało się uciec w ciemność, ból był, ale nie na tyle silny, by pozbawić przytomności,
zabrać ofiarę w krainę spokoju. Stały, monotonny, jednolity... Lecz nie on stanowił główną
torturę.
Oddychanie. Ostrza przebiły w kilku miejscach mięśnie i gdy nabierała mocniej
powietrza, zagłębiały się bardziej, rozrywały ciało, a ból rósł. Więc oddychała płytko i
powoli, jednak co jakiś czas musiała spróbować zaczerpnąć tchu głębiej, mimo iż kolejne
strumyki krwi spływały po ciele.
Żeby o tym nie myśleć, rozglądała się na boki.
Gdy słońce wzeszło wyżej, zrozumiała, dlaczego zadali sobie tyle trudu i powiesili ją w
tym miejscu. Nie tylko dlatego, by miała widok na całą nieckę i by podrażnić Sahrendey.
Przede wszystkim jednak dlatego, by wszyscy, także koczownicy Danu Kreda, widzieli, co
dzielny wojownik zrobił z krnąbrną niewolnicą i w jaki wspaniały sposób upokorzył
nielubianych sprzymierzeńców.
Po prawej miała obóz Sahrendey. W świetle dziennym mogła w pełni ocenić jego
wielkość, namioty ciągnęły się na przestrzeni co najmniej mili i znikały za grzbietem
wzgórza. To było całe ruchome miasto. Gdzieś za nią znajdowało się obozowisko plemion
Kyh Danu Kreda, nie mogła obrócić głowy, by mu się przyjrzeć, lecz sądząc po odgłosach i
odległym gwarze, równie wielkie. Przed sobą widziała panoramę całej niecki, łącznie z
fragmentem rzeki, i jeśli dobrze rozróżniała kierunki, karawana powinna pojawić się na
wzgórzach po jej lewej stronie. Jakieś sześć, siedem mil równego terenu, na którym to
Verdanno będą na dole, a koczownicy nieco wyżej.
Śmiertelna pułapka dla wozów i rydwanów.
Musiała zrobić głębszy wdech, zabolało.
Zagryzła wargi.
Nie będzie płakać.
Następną godzinę wytrzymała, obserwując zabawy wrogów. Niechęć między plemionami
wywodzącymi się z rdzennych Se-kohlandczyków a tymi, które zostały przez nich podbite,
była większa, niż sądziła. Obie strony spędziły poranek na prowokowaniu się i szukaniu
zaczepki, jakby fakt, że zbliżają się jej rodacy, stanowił tylko drobną uciążliwość.
Dopiero teraz zauważyła, że obozowisko Sahrendey otacza szeroki na kilka stóp pas
starannie skoszonej trawy, za którym wędrują uzbrojeni w łuki i włócznie strażnicy.
Wojownicy Danu Kreda demonstracyjnie podjeżdżali do tego miejsca, niektórzy powoli, inni
galopem, jakby mieli zamiar naruszyć teren Sahrendey. I w ostatnim momencie, gdy łuki
strażników już się napinały, zawracali konie i z dzikim śmiechem cwałowali wzdłuż
wyznaczonej przez ściętą trawę linii. Inni zatrzymywali konie tak, że ich przednie kopyta ryły
w ziemi tuż przy zakreślonej granicy, wzbijając w powietrze kępy trawy. Cal dalej i poleje się
krew.
Ale żaden nie ośmielił się posunąć o ten cal. Nie przy obozie zajmowanym przez Wilki.
Zresztą sami Glyndoi nie pozostawali dłużni Se-kohlandczykom. Któryś ze strażników
obozowiska „przypadkiem” wypuścił strzałę tak, że wbiła się piędź od kopyt jednego z koni
koczowników, wierzchowiec spłoszył się i szarpnął w tył, drobiąc nogami i potrząsając łbem.
Odpowiedzią była salwa śmiechu i wyzywające gwizdy spomiędzy namiotów. Jeździec
spłoszonego zwierzęcia krzyknął coś rozgniewany, wyszarpnął szablę z pochwy i spiął konia,
gotów do przekroczenia granicy. Śmiech i gwizdy momentalnie umilkły, łuki napięły się
mocniej, twarze skamieniały.
Rozległ się krótki, przeszywający uszy gwizd, a koczownik w końcu ściągnął wodze i z
warknięciem, które mogło być tylko przekleństwem, schował broń. Po kolejnych kilku
gwizdach on i jego towarzysze zawrócili i znikli za grzbietem wzgórza.
Key’la odetchnęła. Nie mogła już wytrzymać, czuła, jak haki rozrywają ledwo
zasklepione rany i gęsta krew znów płynie. Żeby nie jęknąć, mocniej zagryzła zęby.
Trzy dni? Nie wytrzyma do wieczora.
Lecz jedna rzecz Se-kohlandczykom z pewnością nie wyszła. Glyndoi zachowywali się,
jakby nie istniała, jakby dwieście jardów od ich obozu wisiał zwykły kawałek mięsa. Nawet
jeśli wśród jeźdźców, którzy na chwilę ukazali się pomiędzy namiotami, był jej wybawca, nie
dał znaku, że jej los cokolwiek go obchodzi.