Och... przeklęci mordercy. Jak ktoś ma na rękach krew ośmiu tysięcy dzieci, to śmierć

kolejnego jest dla niego równie nieważna jak zeszłoroczny deszcz. Ale i tak wiele by dała,

żeby spojrzeć mu w oczy, a potem... O czym to wspominała uzdrowicielka? Splunąć pod nogi

i rozetrzeć plwocinę stopą? Teraz byłoby trudno, ale nawet samo splunięcie powinien

zrozumieć. Po co wróciliście, pytali. Teraz rozumiała, co czaiło się w głębi ich oczu. I jego, i

tej szalonej kobiety.

Strach.

Strach przed sprawiedliwą zemstą i karą.

Oddech i ból. Krew w ustach.

* * *

Nie brakowało jej rozrywek. Przed południem pojawiło się kilku chłopców, w tym jeden

z jej prześladowców. Chciała zapytać, jak tam noga jego towarzysza, lecz zabrakło jej tchu.

Chłopcy stali i patrzyli, spróbował trącić ją kijem, lecz strażnik osadził go na miejscu

krótkim warknięciem. Tym razem nie miała być rozrywką dla nudzących się młokosów. Stali

więc tylko i patrzyli, aż wreszcie nad obozem Se-kohlandczyków zabrzmiała kakofonia

piszczałek, trąb i małych bębenków. Z początku nie zrozumiała, o co chodzi, nie pomógł jej

nawet widok pilnującego jej koczownika, który poderwał się na nogi i oddał trzy głębokie

ukłony w stronę obozu. Dopiero gdy przegalopował przed nią oddział konnicy w

błyszczących kolczugach, z hełmami ozdobionymi kitami z końskiego włosia i tarczami, na

których oprócz znaku błyskawicy widoczny był czarny jastrząb, pojęła. To byli Jeźdźcy

Burzy należący do samego Yawenyra. Więc uzdrowicielka nie kłamała, Ojciec Wojny

przybył, by osobiście dowodzić w bitwie przeciw pierwszemu z obozów Verdanno.

Strażnik musiał dostrzec coś na jej twarzy, bo zaśmiał się i rzucił kilka słów w swoim

języku, przejeżdżając wymownym ruchem palcem po gardle.

Wdech.

* * *

Ból.

Ból przy każdym oddechu, przy każdym poruszeniu. Ból, gdy zrywał się wiatr i nią

kołysał, i gdy wiatru nie było. Ból, gdy strażnik opierał się nagłym ruchem o tyczkę, i gdy

wstawał, by rozprostować kości.

Najbardziej bała się, że nie wytrzyma i zacznie szlochać, błagać o litość. To znaczy była

to ostatnia myśl, która trzymała ją po tej stronie, jedyna, której się uczepiła i która nie

pozwalała jej poddać się do reszty. Już wkrótce... nadjadą wozy... wielkie jak domy wozy

bojowe i szybkie jak śmierć rydwany, i koczownicy zrozumieją, że łaska Pani Stepów jest po

stronie tych, którzy przychodzą mścić swoje dzieci. A ona zobaczy ciała czarnobrodych

morderców zaścielające całą okolicę i ich namioty stratowane kopytami i zmiażdżone

kołami...

Tak będzie...

Tak właśnie będzie...

Ból.

* * *

Krzyki. Mimo wszystko musiała na chwilę stracić przytomność, bo krzyk ją zaskoczył.

Odetchnęła głębiej i jęknęła, wbrew obietnicy, ale strażnik nie zwrócił na to uwagi. Zbyt był

zajęty przypatrywaniem się wściekłej awanturze, jaka wybuchła przy granicy obozowiska

Sahrendey.

Stała tam spora grupa koczowników, a na ziemi leżały trzy ciała. Naprzeciw nich tkwił

ten, który wcześniej ją wyratował. Kto inny wyrastałby o głowę nad koczowników i miał przy

sobie niską, jasnowłosą niewolnicę? Se-kohlandczycy krzyczeli coś i wygrażali rękami, lecz

czarnobrody olbrzym pozostał niewzruszony. Być może pewności siebie dodawał mu fakt, że

za plecami, na skraju namiotów, tkwiło kilkunastu łuczników, którzy wyglądali, jakby strzały

parzyły ich w palce. Wysłuchiwał przez chwilę wrzasków, po czym zwrócił się z jakimś

pytaniem do uzdrowicielki. Ta wzruszyła ramionami i wymownym ruchem popukała się w

skroń.

Oboje odwrócili się bez słowa i ruszyli między namioty, a łuki ubezpieczających ich

wartowników zaczęły się napinać, bo za nimi ruszyli Se-kohlandczycy. W tym momencie w

grupę koczowników wjechało kilku jeźdźców w długich kolczugach, ze znakami Ojca Wojny

na tarczach. Wystarczyło jedno warknięcie i jeden gest, a wszyscy spokornieli i znikli,

zabierając ciała.

Pozostał tylko ten, który ruszył w jej stronę.

– Wygodnie ci? – zapytał, gdy dotarł na miejsce.

Jej porywacz i kat. Tym razem nosił skórzany pancerz i hełm z kolczym nakarczkiem.

Patrzył na nią z ciekawością, jak na nieznane zwierzę.

– Próbowałem ich przekonać, że to głupie. Że nie miałaś dość czasu, by się mścić. Ale

niektórym nie da się przemówić do głowy.

Nie zrozumiała.

– Jakąś... godzinę temu znaleźliśmy pierwsze ciało. Zaczęliśmy szukać innych i trafiliśmy

na jeszcze dwa. To ci chłopcy, których już spotkałaś. Szaman stwierdził, że ich dusze

wyrwano z ciał wczoraj przed północą, czyli zanim cię schwytałem. Ale ty weszłaś między

konie od strony obozu tych gabealeo, więc nie miałabyś dość czasu, by zabić. Szaman nie

potrafił jednak znaleźć zabójcy, więc rodziny chłopców poszły do tamtych – skinął głową w

stronę namiotów Sahrendey – oskarżając ich o tę krew. Głupie to, bo nawet Glyndoi nie

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги