zabijają w ten sposób. Jednemu z chłopców wyrwano serce, drugiemu obcięto głowę,
trzeciego uduszono. Wpatrywał się w jej twarz, czekając na reakcję, więc nabrała głębiej
powietrza i uciekła w ból. Czasem się przydaje. Parsknął.
– Gdyby prawdą było, że to Wilki weszły do naszego obozu i wyszły stamtąd żywe,
wszyscy wartownicy zawiśliby obok ciebie. Ale dlaczego oni mieliby zabijać tych
młokosów? Żeby cię mścić? Gardzą wami. Nienawidzą chyba bardziej niż nas. Nie. To coś
innego, ale teraz nie mam czasu na przyjemności... Za godzinę albo dwie będą tu wasze wozy.
Jeśli jednak przeżyjesz do końca bitwy, porozmawiamy. Ja i rodziny tych chłopców musimy
ci zadać kilka pytań.
Uśmiechnął się. Jakby wściekły pies obnażał zęby.
– A żebyś się nie czuła samotna, wieczorem przyślę tu jeszcze jednego strażnika. Dwóch
doświadczonych wojowników to nie to samo co samotny chłopak, prawda?
Zignorowała go, koncentrując się na hakach. Tylko na nich. Jeszcze raz nabrała
powietrza, a świeża krew popłynęła w dół.
Dwóch doświadczonych wojowników? Nawet czterech albo ośmiu może nie wystarczyć.
Wiedziała już, oczywiście że tak, wiedziała, kto po nią idzie.
Widziała już, jak on walczy, i to nawet wtedy, gdy jest ranny. A teraz? Ile mil przebiegłeś
po wyżynie? Ile trupów zostawiłeś za sobą? Trupów, których nikt nie zliczył, bo ostatnio
ludzie zabijają się wszędzie. Mam nadzieję, że wiedziałeś, iż nie należy zabijać tych, którzy
jeżdżą rydwanami.
Och... braciszku, powinieneś wrócić w góry, tam, gdzie twój dom.
Zamknęła oczy i nie otwierała ich, póki nie usłyszała, jak mężczyzna odchodzi.
* * *
Powiedział dwie godziny, lecz wydawało się, że nie minęła nawet jedna, gdy zobaczyła
pierwsze wozy. Daleko po lewej, nad wzgórzami pojawiła się chmura kurzu. Najpierw
niewielka, urosła w kilka chwil i wypluła z siebie rydwany.
Z tej odległości wyglądały jak zabawki, ledwo punkty na tle nieba, ale to musiały być
rydwany, bo żadne inne wozy nie zdołałyby się poruszać z taką prędkością. Pomknęły w dół,
ciągnąc za sobą rosnące w niebo smugi kurzawy, i zatrzymały się w połowie drogi. Gdy kurz
opadł, Key’la mogła je policzyć; około trzydziestu pojazdów, ustawionych w równiuteńką
linię, wyglądało wyjątkowo mizernie wobec rozległości niecki. Ale nie, na szczycie wzgórza
zaczęły się pojawiać następne, po dwa, trzy, pięć, dumne wozy z proporcami powiewającymi
na wietrze.
Coś chwyciło ją za gardło. Czy za chwilę zostaną z nich żałosne resztki, pokazywane w
obozach koczowników ku uciesze gawiedzi? Jak wspaniale rydwany wyglądały w czasie
ćwiczeń przy obozach w Imperium. Ale teraz? Nawet takie dziecko jak ona wie, że to nie jest
najlepszy wybór. Koła przeciw kopytom. Opancerzone burty i pikowane pancerze na
końskich grzbietach przeciw szybkości i zwrotności oraz tysiącom strzał. Mogą się opierać
przez jakiś czas, lecz w końcu pociski powalą je, jeden po drugim.
Powinniśmy złamać przysięgę i jeździć konno, pomyślała nagle. Jak Se-kohlandczycy,
jak Meekhańczycy, jak Sahrendey i sama Szarowłosa wie ile jeszcze innych ludów. Oni mogą
i Pani Stepów traktuje ich jak własne dzieci, przyjmuje ofiary i wysłuchuje modlitw. A
przecież konie po to zostały stworzone, by jeździli na nich ludzie. Laal Szarowłosa, która
podarowała ludziom te zwierzęta, sama kiedyś, pod postacią Białej Klaczy, pozwoliła dosiąść
się zwykłemu człowiekowi. Odrzucając rolę, jaką wyznaczyła bogini koniom, obrażamy ją i
okazujemy lekceważenie.
Te myśli były dziwnie jasne i spokojne, jakby nie należały’ do niej. Czy to znaczyło, że
umiera? Odetchnęła głębiej – bolało, krew płynęła, więc chyba jeszcze żyła.
Nie płacz!
Rydwany stały na wzgórzu, jakby czekając na ruch koczowników. Ktokolwiek dowodził
wozami, czy to
Owalna niecka otoczona niewielkimi wzniesieniami, zamknięta linią rzeki, tylko namioty
koczowników szpeciły oddalone wzgórza niczym pleśń na chlebie. Dowódca tego oddziału
nie mógł widzieć ich wszystkich, ale jeśli nie był głupcem, musiał zakładać, że za
wzniesieniami, ukryte przed jego oczyma, znajdują się większe siły.
Mimo to wydał rozkaz i rydwany ruszyły.
Utworzyły szyk bojowy, zwany Pestką w Wiśni, twardy, zwarty rdzeń osłaniany po
bokach przez dwie luźne kolumny. Och, bardzo lubiła patrzeć, jak Eso’bar ćwiczy ze swoimi
rydwanami wszystkie możliwe szyki, zarówno dla małych grupek, jak i dla całej Fali. Sądząc
po liczbie wozów, przed sobą miała Strumień, dwieście rydwanów, w sam raz na silny zwiad.
Nad wzniesieniami po przeciwnej stronie niecki pojawiły się kolejne tumany kurzu, z
których po chwili wyłoniły się następne rydwany. Przybywało ich z każdą chwilą. Czyli
jechała tu cała Fala, około sześciuset pojazdów. A to by znaczyło...
Wiatr zakołysał nią nagle, haki wbiły się głębiej. Boli, boli, boli!
Nie! Skup się! Nie płacz...