To... by znaczyło... że karawana jest blisko... Jak to tłumaczył jej Eso’bar? Strumień lub

mniej to siły obmacujące, sprawdzające. Fala to siła łamiąca, młot karawany. Nie wysyła się

Fali na zwiad.

Przekręciła głowę w lewo, nad wzgórzami wciąż unosiła się chmura kurzu. Byli tam!

Byli...

Złowiła spojrzenie swojego strażnika i zadrżała. W oczach koczownika rozsiadło się

ponure, syte zadowolenie. Se-kohlandczycy wiedzieli, że obóz Verdanno musi tędy

przejechać, a Ojciec Wojny był już na miejscu ze swoją gwardią. Wszystko wyglądało tak,

jak to sobie zaplanowali; stado stepowych wilków śliniło się na widok przyszłego łupu.

Opuściła wzrok, a on zaśmiał się krótko, gardłowo i wykonał jakiś gest, którego

oczywista obelżywość była jasna nawet dla niej. Potem trącił ją trzonkiem oszczepu, a gdy

zakołysała się, zagryzając zęby, wskazał na zachód, rzucił kilka słów i znów szturchnął ją

drzewcem. Sens był jasny – wkrótce wszyscy będziecie tak wisieć.

Spojrzała we wskazanym kierunku. Pierwsze wozy bojowe, tworzące czoło Pancernego

Węża, pojawiły się właśnie na szczytach. Szły szeroko, bardzo szeroko, linią długą na ponad

pół mili. A potem zaczęła wyjeżdżać karawana.

Wóz za wozem, karne jak na paradzie kolumny pojazdów mieszkalnych i transportowych,

szerokie aleje między nimi wypełnione rydwanami i tabunami zapasowych koni. Z tej

odległości wszystko wyglądało jak armia żuków i mrówek, ale ta ilość! Gdy wędrowali w

Olekady, a potem przez góry czy w obozie u ich stóp, nawet nie wyobrażała sobie, jak będzie

wyglądać taki przemarsz. Tysiące wozów, dziesiątki tysięcy koni i ludzi!

W kilka minut pojazdy zapełniły połowę największego wzgórza, a wciąż nie było widać

drugiego końca karawany. Zza szczytu wyjeżdżały kolejne kolumny, flankowane potrójnym

szeregiem wielkich jak domy wozów bojowych i osłaniane kolejnymi setkami rydwanów. To

było prawdziwe, olbrzymie wędrowne miasto i wydawało się, że nawet bogowie go nie

powstrzymają. Że jeśli Verdarrno zechcą, pojadą po prostu przed siebie, miażdżąc wszelki

opór samą masą.

Koczownik zamarł na kilka chwil z na wpół otwartymi ustami. Zaśmiałaby się, gdyby tak

nie bolało. Tego się nie spodziewałeś, prawda? Zanim będziecie mogli nas wieszać na

hakach, usypiemy z waszych trupów całe góry.

Na sygnał, którego nie usłyszała, zza wzniesienia po jej lewej wypadła jazda. Pięciuset?

Ośmiuset? Tysiąc konnych? Trudno było to ocenić, zwłaszcza że szli galopem w dość luźnym

szyku. Żadnych kolczug i lanc, tylko skórzane albo pikowane pancerze, łuki i krótkie

oszczepy. Lekkozbrojni, którzy mieli za zadanie spowolnić karawanę i upuścić jej pierwszej

krwi.

Jej strażnik parsknął wściekle i wskazując obóz Sahrendey, wywarczał kilka słów.

Oczywiście. Dlaczego nie oni?

* * *

Stali na szczycie wzniesienia – kilkudziesięciu mężczyzn, szczelnie owiniętych szarymi

płaszczami, by nie zdradził ich błysk kolczug, otaczało luźnym kordonem starca pośrodku.

Wszyscy patrzyli na nadciągającą karawanę. Była olbrzymia, gigantyczna. Tylko ci, którzy

pamiętali pierwszą wojnę z Wozakami, mogli znaleźć dla niej porównanie, choć nawet wtedy

obozy wroga nie były tak karne i zdyscyplinowane. Lecz takich weteranów było mało,

większość zginęła na ziemiach Imperium.

Kyh Danu Kredo czekał. Rozkazy wydano i były jasne, a teraz, niczym najnędzniejszy z

niewolników, musiał pokornie tkwić na zewnątrz kręgu gwardzistów, dopóki Ojciec nie

przypomni sobie o jego istnieniu. Więc czekał, patrząc, jak jego lekkozbrojni idą do

pierwszego ataku. Nie miał już nikogo więcej, w chwili pojawienia się Yawenyra Jeźdźcy

Burzy spod jego komendy przeszli do oddziałów Ojca Wojny. Ich a’keery rozdzielano

właśnie między Skrzydła, najwyraźniej stary śmierdziel nie ufał Błyskawicom, które przez

ostatnie lata były utrzymywane przez jego Syna.

Uśmiechnął się w myślach. Sam zrobiłby podobnie, dodatkowo wyznaczając nowych

dowódców, a starych umieszczając pod strażą na tyłach. Yawenyr mógł być wiekowy jak

świat, mógł od wielu miesięcy, jak opowiadali ludzie, być na wpół trupem, ale umysł miał

wciąż żywy. Jeszcze nikomu nie udało się przewidzieć, jaki wykona następny ruch.

Wieść o tym, źe nadciąga osobiście, była jak kubeł lodowatej wody. Wszyscy

spodziewali się, że wyśle swoich Jeźdźców Burzy na północ pod dowództwem Kaileo Hynu

Lawyo, bo temu z Synów ponoć ufał najbardziej, ale nie, on zjawia się osobiście. I to nie

niesiony w lektyce, lecz siedząc w siodle, na czele kolumny pancernych, jak za czasów wojny

z Imperium. Podobno też wszędzie woził ze sobą młodą niewolnicę, która ogrzewała mu łoże.

Jakże by inaczej, Kyh Danu Kredo uśmiechnął się kwaśno w myślach. Tylko w myślach.

Na zewnątrz zachowywał spokój. Jak do tej pory Ojciec nie spotkał się z nim osobiście,

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги