przysłał tylko gońca z rozkazami, które właśnie wykonywano. Dlatego Skrzydło lekkiej jazdy

Danu Kreda, tysiąc jeźdźców, pędziło teraz na spotkanie tych parszywych, śmierdzących,

zawszonych miłośników koni. I tyle. „Pomacajcie ich, Pan Wielkich Stepów, Władca Złotego

Namiotu, chce zobaczyć, czego się nauczyli”. Tyle usłyszał od posłańców, Ojciec przemówił.

Takie traktowanie nie wróżyło dobrze, ale żeby Kyh Danu Kredo, Biały Sokół, Władca

Ośmiu Plemion, Syn Wojny znany na całych Stepach miał okazywać niepokój? Prędzej

rozbierze się do naga i pokaże Taniec Młodej Nałożnicy.

Kazali mu przyjść bez broni i stanąć w takim miejscu, by każdy widział pustą pochwę

szabli i miejsce przy pasie, w którym powinien wisieć sztylet. On mógł tak potraktować

posłańców od psożernych Sahrendey, ale żeby jemu kazać czekać jak ostatniemu

niewolnikowi?! Dla wszystkich w obozie będzie jasne, że Ojciec Wojny nie spogląda już

łaskawie na Kyh Danu Kreda. Już widział płomyki, które zapalają się w oczach Sale Mozo

Leury czy Certa z Białej Owcy. Ich klany były najsilniejsze i każdy z osobna uważał, że to on

powinien uklęknąć przed Yawenyrem i odebrać od niego Synowski Pas.

Gdyby mógł, wyszczerzyłby się jak wilk. Jeszcze nie dziś, sucze pomioty. Gdyby chciał

mojej głowy, tkwiłaby już na szczycie lancy.

Jeden z gwardzistów skinął na niego dłonią. Skinął! Jakby wzywał najprostszego

pastucha.

Stłumił gniew.

– Mój Synu. Cieszę się ze spotkania.

Ten głos. Ostatni raz widzieli się cztery lata temu, cztery lata wypełnione układaniem

planów, knuciem i szukaniem sojuszy na czas, gdy Yawenyr już odejdzie, by stanąć przed

obliczem Pana Burz. Cztery lata... Ojciec Wojny zachowywał się wtedy jak starzec, który

ledwo potrafi wyszeptać kilka słów, trzęsie się jak w febrze i ślini, wlepiając zamglony wzrok

w przestrzeń. Przez te cztery lata Danu Kredo regularnie płacił daninę na rzecz Złotego

Namiotu, choć ostatnie trzy razy pozwolił sobie na sprawdzenie jego siły, przysyłając coraz

mniej złota, koni i niewolników. Brak reakcji był odpowiedzią, jakiej potrzebował.

Lecz gdyby wtedy usłyszał taki głos, podwoiłby podarki.

To nie był głos mężczyzny mającego już ponad dziewięćdziesiąt lat, tylko kogoś o

połowę młodszego. W szarych oczach nie widniał nawet ślad tego zagubienia, które pojawia

się u starców, próbujących sobie przypomnieć, kim są i co robią.

Przez ostatnie lata ten... przekleństwo umknęło spomiędzy myśli, by stojący przed nim

mężczyzna niczego nie wyczuł. Przez ostatnie lata Ojciec Wojny oszukiwał wszystkich. I

dzięki temu miał spokój, bo żaden z Synów nie posłał mu w podarunku zatrutego mięsa ani

niewolnicy wyszkolonej w sztuce skrytobójstwa, gdyż wszyscy oczekiwali, że lada dzień nad

Złotym Namiotem pojawi się Złamana Strzała.

Kyh Danu Kredo mimowolnie poczuł podziw. Olbrzymi i przygniatający do ziemi,

bardziej niż to uważne spojrzenie.

Przyklęknął i pochylił głowę.

– Ojcze. To radość widzieć cię w tak dobrym zdrowiu.

– Galleg postanowił, że nim wezwie mnie przed swoje oblicze, muszę jeszcze dokończyć

kilka spraw. Jedną z nich są oni. – Starzec wskazał odległą karawanę, do której zbliżało się

właśnie Skrzydło konnych łuczników. – Trzeba pilnować, by na tym świecie nie zostawiać

ważnych rzeczy, bo inaczej dusza nie zazna spokoju w Domu Snu.

„Ważne rzeczy”. To zabrzmiało jak groźba.

– Wstań.

Syn Wojny podniósł się, po raz pierwszy patrząc otwarcie na Yawenyra. Starcza twarz,

przeorana nieskończoną liczbą zmarszczek, siwe włosy podtrzymywane wytartą wełnianą

opaską, prosta kolczuga, której ciężar powinien łamać kruche kości. A jednak w ruchach i

spojrzeniu władcy wszystkich se-kohlandzkich ludów nie było kruchości.

– Plemiona, które ci powierzyłem, poniosły spore straty. Jak to się stało?

„Które ci powierzyłem...”. Bogowie.

Danu Kredo zdał krótką relację ze swojego marszu na północ, pułapki, jaką zastawił, by

wyciągnąć z obozu Verdanno i zniszczyć rydwany, oraz oblężenia. Bez zbędnych słów i bez

kłamstw, bo ci, którzy próbowali okłamywać Ojca Wojny, kończyli, wisząc na hakach, a

kruki i wrony wydziobywały im języki z ust. Yawenyr przerywał tylko po to, by zadawać

krótkie pytania.

– Jesteś pewien, że sami podpalili coś, by zmusić cię do głównego szturmu?

– Tak. Ci, którzy wyszli z obozu, mówią, że za pierwszą linią wozów znajdowała się

druga. Umocniona. I mnóstwo piechoty. To był podstęp. A potem z południa wróciły

rydwany, a z obozu wyjechały następne.

– Jaka piechota?

– Ciężkozbrojna, wielkie pawęże, piki, rohatyny, ciężkie kolczugi. Jak imperialna.

– Pułapki? Rowy, pale?

– Były, oczywiście, ale... – zająknął się, bo coraz bardziej przypominało to żałosne

tłumaczenie i szukanie wymówek. – Oni... piechota wyszła z obozu pod osłoną ciężkich

wozów i przygotowała drogi, którymi rydwany...

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги