– Wiem... widzę to. Nauczyli się sporo od Meekhańczyków. Poprzednio prawie w ogóle

nie używali piechoty w otwartym polu. Rydwany?

– Szybkie, dobrze dowodzone, robią dużo hałasu.

– Jak?

– Wtykają metalową listwę między szprychy. Ten dźwięk jest... jeden wóz jest głośny, ale

setkę słychać na milę. Ich konie są przyzwyczajone, nasze nie. Niektóre się płoszą, trudno

utrzymać szyk. I te proporce. Rozwijają za sobą jedwabne wstęgi, czerwone, żółte, niebieskie.

A potem one łopoczą w czasie galopu, rydwan wydaje się większy, konie nie chcą

szarżować...

– Strzały grzęzną.

– Tak, Ojcze. Grzęzną.

– Sprytne. Choć drogie. Widzisz, chłopcze, oni znają konie. Znają jak nikt na świecie.

Wiedzą, że konie są mądre, a mądre zwierzęta boją się rzeczy nowych, nieznanych. Ale i

nasze wierzchowce szybko przyzwyczają się do tych sztuczek, więc to nie problem.

Problemem są ludzie. Jacy byli?

Zamrugał, zaskoczony.

– W walce, jacy byli w walce? – powtórzył Yawenyr. – W czasie pierwszej wojny byli

dzicy i odważni, ale niezbyt zdyscyplinowani. Ich rydwany dawały się odciągać od obozów i

tam ginęły. Ich wojownicy bardziej cenili popisy i pojedynki niż utrzymanie szyku. A teraz?

Spojrzenie szarych oczu przewiercało go na wylot.

– Teraz nie, Ojcze. Walczą jak imperialna armia.

Pomarszczone wargi rozciągnęły się w uśmiechu, który wyglądał jak pęknięcie w

spieczonej ziemi.

– Nowe pokolenie. W Meekhanie wszyscy są jak gąbki, szybko nasiąkają imperialnymi

zwyczajami i sposobem myślenia. Ale to się da zmienić, wystarczy ich dostatecznie

rozwścieczyć.

Kyh Danu Kredo dostrzegł swoją szansę.

– Można to łatwo zrobić, Ojcze. Są tu Sahrendey, a po tym, co zrobili z zakładnikami,

Verdanno rzucą im się do gardła...

Przerwał, bo Yawenyr popatrzył na niego wzrokiem wilka obserwującego zdechłą mysz.

– Synu mój... – znów ten ton – ... czyżbyś traktował mnie jak ślepca, niedostrzegającego,

że trawa jest zielona? Pchałeś się do walki z nimi, wbrew moim rozkazom. Nie pozwoliłem

atakować ich u podnóża gór. Mogli się wystraszyć i zawrócić, a ja chcę ich mieć tutaj

wszystkich, co do ostatniego. Czy liczyłeś na to, że obłowisz się najlepszymi łupami, a potem

wycofasz?

Jak odpowiedzieć na to pytanie, by nie zamajtać nogami w powietrzu?

– Panie mój, czyżbyś nie pragnął, by twoi Synowie byli silni, odważni i chciwi

zwycięstw?

Kyh Danu Kredo nie zauważył jej. Nie wiedział, kiedy podeszła, a teraz włączyła się do

rozmowy. Miała bladą, owalną twarz okoloną jasnymi lokami i oczy w kolorze wieczornego

nieba, największe, jakie widział. Usta czerwone jak krew. Mimo wszystko poczuł mrowienie

w lędźwiach. Więc Yawenyr naprawdę trzymał piękne niewolnice.

Takie, którym wolno wtrącić się do rozmowy między nim a jednym z jego Synów.

Czyżbym tak nisko upadł?

– Oczywiście, najmilsza. – Yawenyr znów się uśmiechnął, lecz inaczej. – Lecz

nieposłuszne dzieci należy karać. Jednak kara nie będzie dotkliwa, bo mój syn, Kyh Danu

Kredo, zachował się tak, jak ja sam bym kiedyś postąpił.

Nadzieja miała smak młodego wina, uderzała do głowy i burzyła krew.

– Dlatego też odstępuję mu zaszczyt pierwszego ataku na tę karawanę. Ma dość sił, by ją

zatrzymać, a ja będę patrzył. Może Verdanno zaskoczą nas jeszcze kilkoma sztuczkami, kto

wie? Lepiej sprawdzić. I nie korzystaj ze Źrebiarzy, niech oni pierwsi zdradzą, co potrafią ich

czarownicy.

Wino zmieniło się w ocet. Pierwszy atak... Posyła nas do pierwszego ataku, wiedząc, że

już mamy duże straty. Bez Jeźdźców Burzy i szamanów, tylko lekka jazda przeciw

pancernym wozom. Nim dzień się skończy, stracę połowę zbrojnych. A potem co? Wsadzić

na konie pastuchów i kobiety?

Koczownik spojrzał w oczy Ojca Wojny i pojął, że tak. Jeśli będzie trzeba, do ataku pójdą

wszyscy, którzy w jego obozie są zdolni napiąć łuk.

– Sahrendey zaatakują po was, jutro rano, gdy Wozacy będą już zmęczeni. Zmęczeni

ludzie łatwiej poddają się gniewowi. I jutro zdobędziemy ten obóz, a potem zniszczymy

pozostałe. Jeden po drugim. A teraz popatrzmy, co potrafią nasi goście.

Kilka mil od nich od karawany oderwał się oddział rydwanów i pomknął na spotkanie

lekkiej jazdy.

* * *

Koczownicy zaczęli strzelać z odległości ponad trzystu jardów, a ich pociski pomknęły

ku nim deszczem, tysiąc posłańców śmierci na szarych piórach. A po salwie natychmiast

zawrócili. Tak jak Verdanno się spodziewali, była to lekka jazda, szybka i zwrotna. I nieźle

wyszkolona, sądząc po sprawności, z jaką zrobili zwrot.

Fala przyjęła strzały spokojnie, z tej odległości pikowane pancerze koni, kolczugi załóg i

solidne burty rydwanów minimalizowały straty. Sami odpowiedzieli ostrzałem, też nie

spodziewając się większych rezultatów. Mimo wszystko kilkanaście se-kohlandzkich koni

zarżało i spróbowało się wyłamać z szyku, a paru jeźdźców zachwiało się w siodłach. Tyle,

co nic, ale konni poszli nagle w rozsypkę i zaczęli uciekać.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги