Der’eko włożył piszczałkę w usta.

„Wolniej!”. „Równaj!”.

Dowódcy Strug i Strumieni powtórzyli sygnał. Rydwany zwolniły i wyrównały. Po chwili

od konnych dzieliło ich już ponad ćwierć mili.

„Stać!”.

Zatrzymali się. Dziewięć szeregów rydwanów, trzy, przerwa, trzy, przerwa i ostatnie trzy.

Trzy Strumienie po dwieście wozów każdy. Szyk szeroki na trzysta jardów, głęboki na sto

pięćdziesiąt. Der’eko rozejrzał się na boki, między skrajnymi końmi pierwszego szeregu

można by przeciągnąć napiętą linę, a żaden zaprzęg nie wysunąłby się przed nią o pół łba.

Jego Fala.

Konnica odsadziła się na prawie pół mili, a dowodzący koczownikami zorientował się

już, że podstęp nie wyszedł, bo jego oddział też zwolnił i stanął. Młody Kanewey rozejrzał

się. Dolina – jeśli mógł to miejsce tak nazwać – w której mieli stoczyć bitwę, miała dobrze

ponad cztery mile szerokości, a od rzeki, majaczącej daleko przed nimi szarą wstęgą, dzieliło

ich jakieś siedem mil. Podejście do Lassy było szerokie i łagodne, lecz flankowały je

wzniesienia, upstrzone namiotami Se-kohlandczyków, niczym padła krowa muszymi

larwami. Jak wszyscy się spodziewali, drogę do brodu trzeba będzie wycinać przez ciała

wrogów.

W końcu po to tutaj przyjechali.

Złapał przymocowaną do burty tyczkę i potrząsnął. Kilka stalowych hełmów zabrzęczało

głośno. Brzęk powtórzył się wzdłuż szeregów, a choć jeszcze nie wszystkie wozy mogły

poszczycić się takim trofeum, to i tak hałas był imponujący. Brzmiał jak wyzwanie. Chodźcie

i spróbujcie nam je zabrać!

Konni zawrócili i pomknęli naprzód, tym razem formując półksiężyc. Sztuczka dla

naiwnych.

„Naprzód!”. „Szeroko!”.

Ruszyli, rozluźniając szyk pierwszego szeregu. Po chwili szli galopem.

„Pierwszy skrzydła!”.

„Objęcie!”.

Łucznicy szarpnęli za linki mocujące proporce i kolorowe wstęgi rozwinęły się za

czołowymi rydwanami. W tej chwili szerokość Fali wynosiła dobre czterysta jardów i stale

się zwiększała, w miarę jak odstępy między wozami rosły. Po chwili jednak rydwany z

drugiego i trzeciego rzędu wypełniły je i naprzeciw atakującym koczownikom sunęła już

prawdziwa fala koni i rydwanów, ciągnących za sobą łopoczące i turkoczące w powietrzu

wstęgi jedwabiu. A półksiężyc jeźdźców, jeśli rzeczywiście chciał ją otoczyć, musiał

rozciągnąć się jeszcze bardziej, zmieniając w żałośnie cienki półokrąg. Do tego dochodziła

różnica wielkości, konie Verdanno były masywniejsze, hodowane od pokoleń ze względu na

siłę i szybkość, koczownicy zaś, poza najlepszymi oddziałami, dosiadali stepowych koników,

odpornych i wytrzymałych, ale wyglądających trochę jak przerośnięte muły. Se-

kohlandczykom musiało się wydawać, że suną na ruchomą ścianę kopyt, szerokich piersi i

spienionych pysków.

Nie wytrzymali. Wystrzelili, raz, drugi i trzeci, i rozdzielając się na dwie części,

spróbowali okrążyć Falę, by zasypać ją strzałami z flanki. Jednak w chwili, gdy ich pierwsze

konie minęły czoło nacierających i skręciły, by zamknąć Wozaków w potrzasku, uderzyły w

nich dwa młoty. Dwa pozostałe Strumienie, ukryte do tej pory za ścianą rydwanów i

łopoczących proporców, przeformowały się w zwarte kolumny o szerokości czterech wozów i

wpadły wprost na jadących w luźnym szyku koczowników.

To było krótkie i brutalne starcie, gdy strzelano do siebie z odległości mniejszej niż kilka

kroków, a wygrywał ten, kto szybciej wyceluje. Tyle że Verdanno byli na nie lepiej

przygotowani. Ich łucznicy mieli na cięciwach ciężkie strzały przeznaczone do przebijania

pancerzy, a woźnice trzymali dziryty założone na miotacze. Ta krótka wymiana pocisków

zdziesiątkowała czoło nacierających koczowników, zmiatając ludzi z siodeł i powalając

konie.

Ale nie udało im się otoczyć i zamknąć jeźdźców w Jedwabnym Kręgu. W chwili, gdy

czoło ataku się załamało, wszyscy pozostali poszli w rozsypkę. Prysnęli na boki, puszczając

konie w cwał i rozpraszając się maksymalnie, nie przestawali przy tym szyć z łuków. Der’eko

zagwizdał.

„Stać!”.

Załogi rydwanów, gotowe już puścić się w pogoń, wstrzymały konie. Pościg nie miał

sensu, konie zawsze będą szybsze niż koła. Można mieć w bliskim starciu przewagę

opancerzenia i siły, lecz nie doścignie się lekkiej jazdy. Jeszcze tylko łucznicy wysłali za

uciekającymi po kilka strzał, po czym zeskoczyli z wozów i spokojnie zajęli się rannymi

wrogami. Kavayo posmakowały świeżej krwi, a tyczki przy niektórych rydwanach

wzbogaciły się o nowe ozdoby.

Kanewey patrzył, jak koczownicy opuszczają pole starcia, nie wyglądało na to, by mieli

zamiar wrócić. Rozejrzał się, na oko miał kilkunastu zabitych ludzi oraz kilka zniszczonych

rydwanów, złamane osie i ciężko ranne konie wykluczały je z dalszej walki. Se-kohlandczycy

zostawili na ziemi około osiemdziesięciu ciał, a zapewne drugie tyle odjechało rannych. Bez

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги