wątpienia w tym starciu wygrały lepsze pancerze i fakt, że udało im się zaskoczyć konnicę.

Oraz to – obejrzał się przez ramię – że karawana niestrudzenie podążała przed siebie i była

już jakieś pół mili za nimi. Nie miał złudzeń, że czekają ich walki, w których konnica pokaże

swoją prawdziwą wartość. Na miejscu dowódcy jazdy też wolałby się teraz wycofać i nie

ryzykować poważnego starcia tuż pod bokiem głównych sił nieprzyjaciela.

Spojrzał na niebo. Słońca nie było widać, ale do zmroku zostało jeszcze dobrych kilka

godzin. Powinno im się udać dotrzeć do rzeki.

* * *

Starzec na wzgórzu uśmiechnął się i pokiwał głową. Wyglądał na zadowolonego, jakby

klęska własnego oddziału była czymś, na co liczył.

– Zdyscyplinowani, lepiej opancerzeni niż ostatnio, lepiej wyszkoleni. I walczą jak armia,

a nie jak plemię. Widziałeś?

Kyh Danu Kredo nie odrywał wzroku od ciał leżących na ziemi. Z tej odległości

wyglądały jak ciemne kropki na jasnozielonym kobiercu. Nadciągająca karawana połknęła je,

a żaden z wozów nie zwolnił ani nie spróbował zmienić drogi.

– Widziałem, Ojcze.

– A jakie mają słabości?

– Są wolniejsi niż my, mniej zwrotni. Mają mniej strzelców.

– Dobrze, mój Synu. Coś jeszcze?

Zmyślanie byłoby jak kłamstwo, a na końcu każdego kłamstwa tkwił pęk rzemieni

zakończony hakami.

– Nie wiem.

– Nie byłeś Synem Wojny trzydzieści lat temu, więc możesz nie widzieć. Koń ze zranioną

jedną nogą nie pobiegnie. A rydwan jest jak żywe stworzenie o ośmiu nogach i dwóch kołach.

Zrań jedną z kończyn, a będziesz miał kalekie zwierzę. To się nie zmieniło. Nawet oni –

Yawenyr wskazał na nadciągające wozy – mimo że mieli tysiąc lat na doskonalenie swoich

rydwanów, nie zrobią z nich nic więcej. Nie użyją pełnych kół, bo te są za ciężkie, ani nie

założą koniom dłuższych i grubszych pancerzy, bo zwierzęta padłyby ze zmęczenia po mili

galopu.

Uśmiechnął się nagle zimno.

– Trzydzieści lat temu okazałem im łaskę, a oni odpłacili mi buntem i zdradą, a potem

uciekli, chowając się za plecami meekhańskich żołnierzy. A teraz wrócili, pewni, że jestem

słaby, a wierność moich Synów się chwieje. I okazują mi lekceważenie, licząc na to, że

pokonają nas rydwanami i murem z wozów. – Błysnął zębami w dzikim grymasie. – Mają

teraz jakieś trzy, może trzy i pół tysiąca rydwanów. Widzisz?

– Tak, Ojcze.

– Nim zapadnie zmrok, mają stracić ich tysiąc. Jesteś za to osobiście odpowiedzialny.

Jeśli tak się nie stanie, jutro rano będę miał nowego Syna. Rozumiesz?

– Tak, Ojcze.

– Ruszaj. I nie pozwól, by doszli do rzeki.

Yawenyr zawinął się w płaszcz i ruszył w stronę swojego obozu.

* * *

Och! To było piękne. Pięknem tańca śmierci oglądanego z daleka, pięknem wspaniale

tkanego gobelinu, który można by powiesić w wozie, ku zazdrości sąsiadów. Manewry jazdy

i rydwanów, wymiana strzał, odwrót, który miał oderwać Falę od karawany, szybki atak,

zakończony zmiażdżeniem skrzydeł konnicy i rozproszeniem oddziału... Z tej odległości

wyglądało to jak jakiś obrzęd, misterium ku czci Maychy, w którym ranni i zabici

dobrowolnie przelewają krew, by oddać cześć Pani Wojny. Key’la przez chwilę zapomniała o

bólu.

Przypomniało jej go brutalne uderzenie w plecy, od którego aż się zakręciła. Rzemienie

napięły się, krzyknęła zaskoczona.

Ktoś zaśmiał się krótko i uderzył jeszcze raz. Mocniej. Tym razem wytrzymała,

zaciskając zęby. Siła ciosu obróciła nią tak, że zobaczyła to, co miała teraz za sobą. Namioty.

Tysiące namiotów, a między nimi szerokie przejścia wypełnione wsiadającymi na koń

koczownikami. Wszyscy w pełnym uzbrojeniu. Obozowisko plemion Kyh Danu Kreda

szykowało się do bitwy.

Ten, który ją uderzył, poczuł się urażony tym, że to nie na niego patrzy, bo walnął ją na

odlew, aż zakręciła się wokół osi w drugą stronę i znów znalazła naprzeciw mężczyzny i

namiotów.

Mimo że zaciskała szczęki z całej siły, krzyknęła.

Ocalenie nadeszło z najmniej oczekiwanej strony. Jej strażnik, gapiący się jak

zahipnotyzowany na pole bitwy, zorientował się w końcu, co się dzieje, doskoczył do

prześladowcy, odepchnął go i warknął coś krótko. Odepchnięty zarechotał i wyszczerzył

pieńki zębów. Był stary, ale uzbrojony po zęby – we włócznię, topór i kilka długich noży. Na

skórzany pancerz narzucił cuchnącą baranicę.

Nie wyglądał na urażonego atakiem, wskazał tylko na Key’lę i wypluł z siebie kilka słów,

a potem podszedł do jednej z tyczek i usiadł, opierając się z takim impetem, że wyraźnie

poczuła ten wstrząs. Tym razem nie jęknęła.

Drugi strażnik. To musiał być drugi strażnik, który miał ją pilnować na wypadek ataku

tajemniczego mordercy.

Oby przyszedł jak najprędzej.

Ból i cierpienie musiały jakoś wpłynąć na jej umysł, bo przez chwilę wydawało jej się, że

w oczach pierwszego z koczowników dostrzega cień współczucia. Chyba nawet Se-

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги