kohlandczycy nie wieszali tak dzieci. Ale chwila minęła, a strażnik wrócił na swoje miejsce,
nie patrząc na nią więcej i zupełnie ignorując swojego towarzysza.
Za nią rozległ się świergot metalowych gwizdków i kilka tysięcy koczowników pomknęło
w dół, na spotkanie nadciągającej karawany. Bitwa dopiero się zaczynała.
Rozdział 8
Koczownicy ruszyli z prawego wzniesienia, więc tam zapewne znajdował się ich główny
obóz. Z początku wyglądali jak szarobrązowa fala mknąca w dół, lecz szybko rozdzielili się
na kilka oddziałów. Co najmniej pięć Skrzydeł, ocenił Der’eko i obejrzał się. Jego Fala nadal
jechała na czele karawany, zdążyli już wymienić ranne konie i uzupełnić straty, lecz tym
razem, zgodnie z rozkazami
marszu i nawet Awe’aweroh Mantoru,
dyskutować. Tak powinno być w czasie wojny. A rozkazy dowódcy byty jasne, rydwanom
nie wolno oddalać się bardziej niż na milę od Pancernego Węża. Najważniejszym celem jest
dotarcie do rzeki. Przypomniał sobie żarcik, który krążył między załogami: „Dlaczego nasze
oddziały noszą nazwę Struga, Strumień i Fala? Bo dwadzieścia zaprzęgów osuszy strużkę,
dwieście małą rzeczkę, a sześćset wypije morze”.
To była prawda, podobnie jak to, że potrzebowali wody. Zapasów mieli na jeden dzień,
potem... Niepojone zwierzęta nie pobiegną zbyt daleko.
Obejrzał się za siebie, szukając wzrokiem rydwanu
z nimi na czele swojego przybocznego Strumienia, bo chciał osobiście dowodzić w
nadchodzącym starciu.
Pochwyciwszy jego spojrzenie, dowódca Fal zamachał ręką.
„Stać!”. „Czekamy na resztę”.
Czekamy na resztę. Wiemy, że te pięć Skrzydeł to nie wszystko, co Se-kohlandczycy
przygotowali. Oprócz sił Kyh Danu Kreda, który ma jeszcze co najmniej drugie tyle lekkiej
jazdy, nie licząc Błyskawic, są tam przecież także Sahrendey. Piętnaście, dwadzieścia tysięcy
konnych. Nie mógł ocenić, bo Se-kohlandczycy kryjący się za wzgórzami pozostawali dla
nich niewidoczni.
Wzniesienie osłaniające nieckę po lewej stronie Der’eka należało do Wozaków. Jadący
jego szczytem Strumień miał widok na całe pole bitwy oraz na to, co pozostawało
niewidoczne dla głównych sił Verdanno. Ale prawej strony doliny nie udało im się zdobyć,
koczownicy stawiali tam zdecydowany opór, nie dopuszczając rydwanów do własnych
obozów. W krótkich starciach Wozacy stracili już kilkadziesiąt załóg. Mieli za mało sił, by
zdobyć wzgórza po obu stronach niecki oraz rozsiadające się na nich obozy, lecz nie taki był
ich główny cel. Gdy dotrą do rzeki, okopią się i zmienią w twierdzę. Zatrzymają tu
koczowników dość długo, by pozostałe obozy zdążyły zejść z gór, a gdy za trzy, cztery dni na
zachodzie pojawią się kolejne karawany, zmiażdżą najeźdźców i rozpędzą na cztery wiatry.
Na razie ich problemem było te parę tysięcy konnych.
W środku karawany, za potrójną linią wozów bojowych tworzących czoło Pancernego
Węża, trwały przetasowania. Jej boczne ściany także się przygotowywały, w kilku miejscach
pancerne wehikuły przerzedziły się i z trzech rzędów został jeden, a po ich wewnętrznej
stronie gromadziły się rydwany. Oczywiście mądry
byli dowodzeni przez doświadczonego wodza, a więc takiego, który nie pcha się do bitwy na
czele swojej hordy, lecz wykorzystując teren, stoi gdzieś na wzgórzu i obserwuje te wszystkie
manewry. Ale nie mieli wyjścia i musieli się przegrupować.
Grzbiet prawego wzniesienia był dla Wozaków niedostępny i należało się spodziewać, że
za nim właśnie Syn Wojny zgromadził swoje główne siły uderzeniowe, Jeźdźców Burzy i
Źrebiarzy. Dlatego obóz New’harr odbijał stopniowo w lewo, zwiększając odległość od tego
wzniesienia. Będą mieli więcej czasu na reakcję, gdy Kyh Danu Kredo przeprowadzi
prawdziwy atak.
Bo ta konnica, którą widzieli, z pewnością nie miała rozbić karawany. To trochę tak,
jakby próbować zatrzymać wolno sunącą, błotną lawinę za pomocą kilku garści kamyków.
Nie, oni mieli ją spowolnić przy podejściu do brodu, dać czas tym na wzgórzach na
umocnienie się, poszarpać boki, wyrwać z pancernych ścian tyle wozów, ile się da.
Przynajmniej tak by to wyglądało, gdyby nie było Fal. To rydwany miały stanowić
ochronny kokon, wewnątrz którego będzie się poruszała reszta. Strzelcy wozów bojowych
mogli upuścić trochę krwi jeździe, lecz to śmigłe rydwany są żywą tarczą obozu. Oraz ciała
ich załóg. Der’eko rozejrzał się na boki, wymieniając spojrzenia ze swoimi ludźmi. Trzecia
Fala, jako jedna z dwóch w obozie, nie miała ciężkich rydwanów przewożących piechotę, za