to dostawała najlepsze konie i najsprawniejszych woźniców. Wszyscy wiedzieli, że jeśli
przyjdzie szarżować na Błyskawice, to właśnie oni pójdą w pierwszej linii, i byli z tego
cholernie dumni. W bezpośredniej walce zdobyli już ponad dwieście trofeów, a zawieszali na
tyczkach hełmy tylko tych koczowników, których sami zabili. Niestety, nie wszyscy Se-
kohlandczycy używali hełmów z dobrej stali, najczęściej mieli skórzane albo po prostu grubo
pikowane czapy. Dlatego załogi Trzeciej Fali tak rwały się do walki z Jeźdźcami Burzy.
Albo Wilkami Sahrendey. Ci podobno używali dobrych, stalowych hełmów.
Zagradzająca im drogę jazda nadal się dzieliła, w tej chwili widzieli już kilkanaście
oddziałów, każdy w sile co najmniej trzech a’keerów. Czyli, jak można było przewidzieć,
zamierzali ich tylko poszarpać.
Odległość między Falą a koczownikami spadła do trzech czwartych mili.
Pierwsze grupy konnych, na oko nie więcej niż jedno Skrzydło, wyrywały się do przodu.
Gwizdki i piszczałki przyniosły kolejne rozkazy.
„Stać!”. „Czekać!”.
Obóz New’harr nadal kierował się na lewą stronę niecki, bliżej wzniesienia, które
kontrolowali. Kiedy zajmą odpowiednią pozycję, każdy atakujący z prawej strony oddział
będzie musiał najpierw przebyć jakieś trzy mile, w którym to czasie pozostanie widoczny jak
na dłoni.
To był lepszy teren dla konnicy niż dla wozów. Wzgórza wokół niecki umożliwiały
skryte obejścia i nagłe ataki z flanki. Jednak susza, która nawiedziła te okolice, dawała
obrońcom szansę, że zdążą je wykryć, bo każda większa liczba konnych wzbiłaby w niebo
taką kurzawę, że zdradziliby swoje zamiary na godzinę przed atakiem. Pani Stepów zdawała
się sprzyjać Wozakom.
Pędzący z naprzeciwka konni łucznicy byli już ćwierć mili od rydwanów Trzeciej Fali i z
galopu przechodzili w cwał. Skrzydło podzieliło się na kilka a’keerów, z których dwa
wysforowały się do przodu, a po chwili płynnie skręciły i pędząc wzdłuż czoła karawany,
zasypały ją strzałami.
„Czekać!”.
Z jakichś trzystu jardów koczownicy nie mogli zbyt wiele zdziałać, lekkie pociski nie
miały dość mocy, by przebić grubo pikowane pledy chroniące grzbiety koni Verdanno ani
zaszkodzić załogom rydwanów. Der’eko spod zmrużonych powiek obserwował nadlatujące
strzały. I... już!
Pochylił głowę, nadstawiając czaszę hełmu w stronę pocisków, które mgnienie oka
później zaświstały wokół, wbijając się w ziemię, pancerze koni, wiklinowe burty, ciała. Ktoś
krzyknął, gdy dostał w twarz, głupiec, który gapił się śmierci w oczy o uderzenie serca za
długo. Nawet wśród dobrych załóg zawsze znajdzie się ktoś taki. Jakiś koń zarżał, nie
wiadomo – zraniony czy przestraszony, i koniec.
na czele karawany, rozciągnięci na prawie ćwierć mili, po prawej stronie mając Pierwszą
Falę. Pełne trzy Strumienie, jeden za drugim, w luźnym szyku, by nie ułatwiać roboty wrogim
łucznikom.
A koczownicy zawracali już i pędzili z powrotem, ustępując miejsca kolejnemu
oddziałowi. I znów, galop, cwał, a w odległości jakichś trzystu jardów – salwa. I znów
piszczałki przekazujące rozkaz wzdłuż czoła karawany: „Czekać!”, i ponowne spoglądanie na
nadlatujące pociski, by w ostatniej chwili pochylić głowę przed wyrokiem Pani Wojny.
I kolejne a’keery idące do ataku.
Nie było sensu wyrywać się do przodu ani marnować strzał. To Skrzydło Se-
kohlandczyków chciało ich tylko zmęczyć i sprowokować do głupiego kontrataku. Jeśli
koczownicy nie mają czegoś innego w ręku, to za jakieś trzy, cztery godziny karawana dotrze
do rzeki, zdobędzie wzgórza wokół podejścia do brodu i rozsiądzie się na nich, zmieniając
wzniesienia w twierdzę otoczoną potrójnym rzędem pancernych wozów ustawionych w
Rogaty Gród albo inny trudny do złamania szyk. Takie ostrzeliwanie z dużej odległości nie
było bardziej uciążliwe niż solidny deszcz, który zmieniłby ziemię w błocko i opóźnił wozy.
I... już!
Ktokolwiek dowodził Se-kohlandczykami, musiał dojść do tego samego wniosku, co i
Der’eko, bo nagle atakujące oddziały – w sile jakichś pięciu a’keerów – nie zawróciły, lecz po
oddaniu salwy runęły w ich stronę, szyjąc raz za razem, jakby łucznicy brali udział w
zawodach polegających na jak najszybszym opróżnieniu kołczanów. Pięć, sześć strzał w
dziesięć uderzeń serca, cztery, pięć pocisków jednocześnie w powietrzu. Grad śmierci
pędzący naprzeciw rydwanom.
Za plecami usłyszał gwizdek Awe’aweroha Mantoru: „Pierwsza Fala!”, „Naprzód!”,
„Naprzód!”, „Naprzód!”.
Tak, to wymagało odpowiedzi, nie mogli pozwolić, by koczownicy się rozzuchwalili.
Jadąca po jego prawej stronie Fala wyrwała przed karawanę, na spotkanie jazdy, która