teraz wyraźnie próbowała obejść ich i uderzyć na flankę wędrującego obozu. Taka była rola
rydwanów – nie dopuścić do ostrzeliwania boków karawany, nie pozwolić na ranienie koni
ciągnących wozy bojowe. Potrójna linia ciężkich pojazdów była dość odporna na taki atak,
ale nawet ona po jakimś czasie zaczęłaby się łamać. To był słaby punkt każdej karawany.
Zwierzęta ciągnące przednie wozy, oprócz pikowanych pancerzy, miały także naczółki i
końskie napierśniki, te z ariergardy były osłaniane przez wozy, natomiast najwrażliwsze na
atak pozostawały właśnie konie zaprzęgnięte do bocznych pojazdów. Nie sposób założyć na
zwierzę pancerza tak grubego, by chronił koński bok przed każdą strzałą, a jednocześnie
wymagać od niego, by ciągnęło wielki wóz bojowy z całą załogą. Jednostka z poranionym
zaprzęgiem musi zjechać na bok, by nie blokować drogi reszcie pojazdów. Wyrwę po niej
zatyka wóz z drugiego albo trzeciego szeregu, a załoga unieruchomionego wozu ma radzić
sobie sama. Najczęściej, jeśli sytuacja jest beznadziejna, porzuca wehikuł, wyprzęgając
zdrowe konie, zabiera, co się da, a resztę oblewa olejem i podpala. Mówi się wtedy, że idąca
bitewnym marszem karawana krwawi wozami.
Rydwany były właśnie po to, by nie dopuścić do takiego krwotoku.
Karawana jechała w swoim tempie, nawet wtedy gdy tumany kurzu zasłoniły wszystkim
widok na pole starcia. Pierwsza Fala, całe sześćset rydwanów, nie powinna mieć problemów z
kilkoma wyrywającymi się do przodu a’keerami.
Gdy karawana połknęła kolejne trzysta jardów, z tumanów kurzu wypadły ze dwie setki
konnych i spróbowały obejść wędrujący obóz z lewej.
„Trzecia!”. „Naprzód!”.
Trzecia Fala mknęła już w stronę jazdy, szyjąc strzałami nie wolniej niż łucznicy
koczowników. Der’eko wiedział, że w tej samej chwili w bocznych ścianach karawany
utworzyły się przejścia, którymi wylewają się zza muru pancernych wozów kolejne
Strumienie, mające za zadanie przechwycić tych koczowników, którzy przejadą przez jego
wozy. Bo nie miał wątpliwości, że ten atak idzie na główny obóz, w końcu zatrzymanie
karawany było podstawowym celem lekkiej konnicy. Dopiero gdy zmusi się ją do stanięcia i
okopania się, będzie można zacząć regularne oblężenie.
Odległość między rydwanami a jazdą zmniejszała się błyskawicznie, strzały leciały po
coraz bardziej płaskich parabolach, uderzały z coraz większym impetem, niektórzy woźnice
już przełożyli lejce w jedną dłoń, drugą ujmując miotacze dzirytów, Der’eko włożył
piszczałkę w usta.
„Pierwszy i Drugi!”.
„Grzebień!”.
Dwa pierwsze Strumienie wystrzeliły naprzód, w kilka chwil dzieląc się na poszczególne
Strugi. Każdy pododdział wyciągnął się w kolumnę szeroką na dwa wozy, długą na dziesięć i
– zachowując poczwórną szerokość zaprzęgu między sobą a sąsiadami – runął na wroga.
Trzeci Strumień zwolnił nieco, wyciągając się w szeroką, równą linię.
W Imperium ćwiczyli to setki razy. „Grzebień” – grupa dwudziestu kolumn pędzących na
przeciwnika, miał złamać, przeczesać jego szyk. Konie atakowanych koczowników
zachowają się wtedy tak, jak zachowałoby się każde rozsądne stworzenie: wybiorą jedyną
niezastawioną drogę, wjadą w puste przestrzenie między rydwanami, a tam już przewaga
będzie po stronie tych, którzy są lepiej opancerzeni i uzbrojeni. Na końcu ci Se-kohlandczycy,
którzy przeżyją, wpadną na ostatni Strumień, który zajmie się nimi do czasu, aż reszta
rydwanów zrobi zwrot.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby koczownicy raczyli się zachować tak, jak powinni. Ale
nie, widząc, jak atakująca Fala przyjmuje nieznany im szyk, błyskawicznie rozdzielili się na
dwie grupy i zawrócili. W chwili, gdy rzucali się do ucieczki, od szarżujących rydwanów
dzieliło ich ledwo pięćdziesiąt jardów, lecz Der’eko widział już, że nie zdążą, lekkie i zwinne
koniki Se-kohlandczyków może i nie dorównywały wielkością i siłą koniom Verdanno, ale
były naprawdę szybkie. Mimo wszystko odległość była idealna dla dzirytów. Woźnice kilku
najbliższych Strug bez żadnego rozkazu posłali za uciekającymi równą salwę. Długie na
prawie sześć stóp, giętkie pociski, przypominające trochę przerośnięte strzały, były z tej
odległości skuteczniejsze od swoich mniejszych sióstr. Przykryty chmurą prawie stu dzirytów
a’keer zakłębił się, złamał szyk i rozprysnął na wszystkie strony, zostawiając na ziemi
kilkanaście ciał. Der’eko uśmiechnął się kwaśno i zagwizdał.
„Stać!”.
„Pozycja, równaj!”.
„Grzebień” zmienił się w linię, a ci, którzy gotowali się już do opuszczenia rydwanów po
zdobyczne hełmy, zatrzymali się. Nie było czasu na szukanie trofeów, tym bardziej że kurz
podniesiony kopytami tysięcy koni ograniczał widoczność do stu jardów. Der’eko ledwo
dostrzegał krańce swojej Fali.