Rozejrzał się po najbliższych rydwanach. Starcie z koczownikami trwało kilkadziesiąt

uderzeń serca, lecz miało swoją cenę. Pancerze niemal wszystkich koni ozdabiały strzały,

także kosze rydwanów dorobiły się niezłej kolekcji podobnych prezentów. Spośród

najbliższych załóg kilkunastu ludzi zostało trafionych, lecz w większości przypadków

kolczugi ocaliły im skórę. Jak w poprzednim starciu stal wygrała z pikowanymi i skórzanymi

pancerzami używanymi przez konnych.

„Naprzód!”.

„Pięść!”.

„Pięść” – zwarty szyk kolumnowy szerokości Strugi, używany głównie do szybkiego

przemieszczania się, bo atakowanie w takiej formacji, gdy konie prawie wjeżdżają na

poprzedzający je rydwan, równało się raczej samobójstwu. Jeden przewracający się zaprzęg

mógł tu pociągnąć za sobą inne. Ale w ten sposób najlepiej dawało się szybko i sprawnie

zająć nową pozycję, bez obawy, że szeroko rozłożona Fala zderzy się z inną.

Der’eko poprowadził swój oddział w lewo, na wzniesienie flankujące nieckę, skąd

powinien mieć lepszy widok. Na razie nad polem bitwy nie rozległ się dźwięk rogów, którymi

karawana wzywałaby swoje rydwany do bezpośredniej obrony, zresztą nie spodziewał się go,

wewnątrz obozu były jeszcze cztery inne Fale dowodzone przez samego Lamerei, a

Awe’aweroh Mantoru nie urodził się w kupie końskiego łajna. Popędził zaprzęg lekko pod

górkę, czując, jak od strony rzeki zrywa się wiatr. Dobrze, będzie lepszy widok.

Zawrócili, ustawiając się w trzy luźne linie i porządkując szyk w chwili, gdy wiatr

zakręcił tumanami kurzu unoszącymi się nad polem bitwy i pognał je w stronę karawany.

Pani Szarowłosa!

Piszczałka w usta.

„Naprzód!”.

„Trzy ostrza!”.

* * *

Strażnicy dali jej spokój, bez reszty zajęci oglądaniem widowiska rozgrywającego się w

niecce. Także na granicy obozowiska Sahrendey zamarł ruch, setki koczowników wbijających

pale w ziemię przerwało pracę i gapiło się w milczeniu na bitwę.

Najpierw na próbne ataki i ostrzeliwanie czoła wędrującego obozu, potem na kontratak

rydwanów. Nawet gdy kurz podniesiony kopytami tysięcy koni przesłonił niemal całkowicie

widok – tylko karawana, monstrualny czworobok, który właśnie zsunął się ze wzgórza, była

wciąż rozpoznawalna – nie ruszyli się z miejsca. Lecz w kurzawie rozciągającej się dobrą

milę od pierwszych wozów bojowych naprawdę niewiele dawało się dostrzec. Czasem na

skraju pojawiały się cienie większych oddziałów, czasem pojedynczy jeźdźcy, gdzieniegdzie

błysnęło żelazo. Raz, tylko raz Key’la dostrzegła wyraźnie oddział pędzących rydwanów,

ciągnący za sobą, niczym skrzydła, wstęgi jedwabiu. I tyle.

W pewnej chwili, a od tego widoku serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, z chmury

kurzu wyrwał się duży oddział konnicy, pędzący na złamanie karku w ich stronę. Ale nie, to

nie była ucieczka, po chwili konni zatrzymali się, wyrównali szyk i zawrócili, szybko

nabierając prędkości.

Potem z prawej strony wyjechała zwarta kolumna rydwanów, kierująca się na

wzniesienie. Tam zatrzymała się i z budzącą podziw precyzją zawróciła, ustawiając się od

razu w trzy szerokie linie. Prawie się uśmiechnęła na ten widok: koczownicy uciekają z pola

bitwy cwałem i ledwo starczy im odwagi, by wrócić, a jej lud spokojnie i bez pośpiechu

szykuje się do ataku, który zmiecie Se-kohlandczyków z powierzchni ziemi.

Poczuła łagodny podmuch na twarzy, wiatr przypomniał sobie, od czego jest.

Przez chwilę zapomniała o bólu. Haki, rany, to, że wisi jak kawał mięsa u rzeźnika, nie

miało żadnego znaczenia, bo oto jej prześladowcy widzieli pełną potęgę gniewu Verdanno.

Gniewu innego niż dotychczasowy, zimnego i bezwzględnego niczym rzeka lodu sunąca

nieubłaganie przed siebie, gniewu, który zrodziła dawna wojna, upokorzenie, wygnanie z

ziemi przodków, a przede wszystkim zbrodnia sprzed lat. To nie jakieś dzikusy wracają, by

walczyć o plemienne terytorium, lecz prawi gospodarze łomocą do drzwi uzurpatorów, by

wystawić im rachunek za krzywdy.

A potem wiatr przegnał kurz na zachód, a jej pierś ścisnął ból nowego rodzaju. Najpierw

dłuższą chwilę patrzyła tylko nic nierozumiejącym wzrokiem na odległe o pół mili od sunącej

karawany pobojowisko, a potem jęknęła cicho, cichuteńko, żeby nikt tego nie usłyszał.

Bo pół mili od karawany dogorywała cała Fala. Nawet takie dziecko jak ona rozumiało,

co tam właśnie zaszło, że koczownicy wykorzystali tumany kurzu, by oślepić

kontratakujących obrońców, a potem na Falę uderzyło cztery, pięć tysięcy konnych

jednocześnie, miażdżąc ją w błyskawicznym ataku. Choćby nie wiedzieć jak dzielne i

odważne były załogi rydwanów, to przy przewadze dziesięć do jednego musiały ulec. Nie

widziała szczegółów, nie z takiej odległości, ale na polu zostało jeszcze kilkadziesiąt

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги