rydwanów, które nie tworzyły już Strumieni ani nawet Strug, tylko skupiały się w żałośnie

nieliczne, kilkuzaprzęgowe grupki, próbujące jeszcze nawiązywać walkę z konnicą, która

wyraźnie z nich drwiła. Z daleka wyglądało to tak, jakby rozproszone na sztuki stado bydła

próbowało opierać się atakowi wielotysięcznej watahy. Wilki wtedy unikają bezpośrednich

starć, uciekają przed rogami zdesperowanych krów i byków, ale raz za razem doskakują do

boków przetrzebionego stada, szarpią za nogi, powalają kolejne zwierzęta.

Na jej oczach grupa kilkudziesięciu konnych dopadła sześć rydwanów, otoczyła je ze

wszystkich stron, zasypała strzałami i zanim Verdanno zdążyli trzy razy napiąć łuki,

odskoczyła. Z sześciu wozów został tylko jeden.

Starszy z jej strażników zaśmiał się gardłowo i poklepał młodszego po plecach. A potem

spojrzał na nią i powoli, jakby się nad czymś zastanawiał, szturchnął ją trzonkiem włóczni.

Uśmiechnął się szerzej i wyszeptał coś w swoim języku, wskazując pole bitwy.

Patrz – zdawał się mówić, patrz, co z was zostanie.

* * *

Gyr’konwes, zwany Tyczką, zatrzymał kulejący zaprzęg i wyskoczył z kosza. Nie musiał

podchodzić do zwierząt, by wiedzieć, że już po nich. Konnica, która przed chwilą rozbiła jego

Strugę, oddalała się, widocznie nikomu nie chciało się zawrócić wierzchowca, by zająć się

załogą ostatniego rydwanu.

Koczownicy zmienili strategię i osiągnęli to, czego Wozacy się obawiali – przewagę

liczebną. Pierwsza Fala spodziewała się, że jedzie przepłoszyć z drogi karawany kilka

a’keerów, nie więcej niż tysiąc konnych, bo reszta będzie nadal czekać na okazję do

bezpośredniego ataku na wędrujący obóz, lecz wpadła w sprytną pułapkę. Syn Wojny

zignorował karawanę i wykorzystał kurz podniesiony tysiącami kopyt, by rzucić do walki

resztę swoich jeźdźców przeciw rydwanom, a Verdanno nagle znaleźli się w kręgu pięciu

tysięcy Se-kohlandczyków. Dowodzący Falą Ken’sor Gewalor rozkazał utworzyć Młyn z

Brązu, olbrzymie, potrójne koło, w którym rydwany pędzą jeden za drugim z rozwiniętymi

jedwabnymi proporcami, a łopot jedwabnych flag i łoskot tyrkaczy w szprychach odstraszają

konnicę i powstrzymują ją od bezpośredniego ataku. Taki szyk pozwoliłby im przetrwać do

czasu nadejścia posiłków.

Nie przewidzieli tylko, że kurzawa okaże się tak gęsta, iż skutecznie zasłoni ich przed

wzrokiem karawany, oraz tego, że koczownicy zmienią nie tylko strategię w bitwie, ale i

taktykę ataków.

Sucze syny strzelali do koni. Ale nie, jak dotychczas, z daleka, mierząc w cały rydwan,

tylko wstrzymywali się z wypuszczeniem strzał do ostatniej chwili, nie odpowiadając nawet

na pociski Verdanno, po czym dopadali poszczególne Strugi i zasypywali je strzałami,

mierząc nisko, w końskie nogi. Mały cel, ale jak dziesięciu łuczników pośle po kilka

pocisków w nogi jednego konia, to biedne zwierzę musi zostać trafione. Wydawałoby się, że

bok, nawet chroniony pikowanym pancerzem, będzie lepszym celem, ale koczownicy

nauczyli się już, że jedna strzała w nodze zatrzyma konia skuteczniej niż nawet tuzin w boku.

Była to taktyka, która pozbawiała ich zdobyczy, bo większość tak poranionych zwierząt

nie nadawała się do niczego, ale za to taktyka wyjątkowo skuteczna. Tym bardziej że przy

każdym ataku koczownicy koncentrowali się tylko na kilku rydwanach. Czwarta Struga

straciła w pierwszym starciu trzy załogi, w drugim cztery, w trzecim kolejne trzy, a w

czwartym już pięć, bo trzy rydwany zderzyły się w pełnym pędzie, tworząc kłębowisko

końskich i ludzkich ciał, połamanego i zakrwawionego drewna i metalu. Se-kohlandczycy

łuskali Młyn z Brązu warstwa po warstwie, jakby zdejmowali łupiny z cebuli, wyskakiwali z

tumanów kurzu w pozorowanych atakach, by nagle skręcić i zniknąć, nie oddając jednego

strzału, a wtedy kolejny a’keer uderzał z innego miejsca i wyrywał z szyku następne rydwany.

Tym razem szybkość i zwrotność dawały przewagę koczownikom, a na dodatek sucze syny

zachowywali się tak, jakby własne straty nie miały dla nich znaczenia.

Ktokolwiek nimi dowodził, musiał być naprawdę zdesperowany.

Tyczka podszedł do koni, ten z prawej strony zaprzęgu miał dwie strzały w przedniej

nodze i trzy w tylnej. Groty koczowniczych strzał były szerokie, liściaste, zakończone

zadziorami, a wystrzelone z bliska zadawały równie szerokie i paskudne obrażenia, jak noże z

zębatymi ostrzami. Z jednej z ran wystawały kawałki kości. Koń patrzył na niego, nie

odwracając łba, dysząc ciężko i drżąc. Wiedział.

– Tak, Koral. – Tyczka podszedł do zwierzęcia, przecinając po drodze uprząż, i delikatnie

pogładził go po miękkich chrapach. – Ty i ja dziś jeszcze staniemy przed obliczem Klaczy o

Białej Sierści. Powiedz jej, że Gyr’konwes, Drugi z rodu Damehortów, nazywany przez

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги