wszystkich Tyczką, idzie twoim śladem, by ucałować jej Kopyto.

Dźgnął nożem pod pikowany pancerz, tuż za przednią nogą, a koń stęknął, parsknął

żałośnie i upadł. Drugie zwierzę, ranione tylko w jedną z przednich nóg, miało jeszcze szansę.

Jeżeli można tak nazwać niewolę u koczowników. Ale jego los był w rękach Pani Stepów,

Verdanno skracali męki tylko tym koniom, których nie dało się uratować.

Raz-dwa odciął go od rydwanu i pogonił klepnięciem w zad.

– Skończyłeś?

Ver’san nie ruszył się z miejsca, co było dość oczywiste, zważywszy, że strzała przebiła

mu udo i przyszpiliła do burty. Gdy oba konie odcięto, kosz przechylił się mocno do przodu i

łucznik miał kłopot z utrzymaniem równowagi. Rana tętniła jaskrawą czerwienią, mimo

opaski założonej powyżej.

– Tak. Oba są wolne.

– Dobrze. – Twarz Ver’sana była blada, wargi zacisnął w wąską kreskę. Potem się

uśmiechnął. – Pamiętasz Eso’nę?

– Widziałem ją dziś rano, głupcze.

Gyr’konwes szybko sprawdził kosz. Został im jeden dziryt, kilka strzał w kołczanie,

miecz i toporek. No i kavayo, oczywiście. Wystarczy.

Gdzieś w tumanie kurzu mignęli konni.

– Byłem z nią... wczoraj. Prezent dla dzielnego łucznika. Może... może nie cały umrę.

– No tak, to, że za dziewięć miesięcy na świat przyjdzie jakieś strasznie brzydkie dziecko,

ma mnie pocieszyć?

Tyczka szybko podniósł łuk i wbił przed sobą kilka strzał w ziemię. Obejrzał się,

przewrócony kosz powinien częściowo osłonić mu plecy. Jego towarzysz półklęczał,

trzymając oburącz drzewce wystające mu z uda. Szarpnął nagle, wyrywając grot z burty i

krzycząc chrapliwie. Usiadł od razu na ziemi, opierając się o koło rydwanu.

– Zazdroś... cisz...

– Nie. Ale chyba masz rację, wizja niewinnego dziecka z twoją gębą sprawia, że człowiek

woli umrzeć tu i teraz.

– He... he... hhhh...

Gyr’konwes obejrzał się, łucznik siedział na ziemi, plama szkarłatu rozlewała się wokół

niego jak jedwabna peleryna w kolorze cesarskiej purpury.

„Żegnaj, przyjacielu”.

Rozejrzał się, kurz ograniczał widoczność do trzydziestu jardów. Może zdoła ze dwa razy

wystrzelić.

Zobaczył, jak wiatr czesze trawę, a po chwili w jego polu widzenia znalazło się

kilkudziesięciu jeźdźców.

Powinniśmy walczyć w siodłach, jak te sucze syny, pomyślał. Nałożyłaś na nas ciężkie

brzemię, Pani Wszystkich Koni.

I napiął łuk.

* * *

Rogi zabrzmiały: krótko, długo, krótko, krótko, długo. „Pomocy!”.

To było wezwanie dla każdej Fali, Strumienia i Strugi, by bronić karawany. Cokolwiek

robiłeś, jakiekolwiek zwycięstwo znajdowało się tuż przed twoim nosem, miałeś je porzucić i

pędzić do obozu, bo obóz był w niebezpieczeństwie.

Albo w obozie dostrzeżono, że ty pakujesz się w kłopoty, z których nie wyniesiesz cało

skóry.

Der’eko już po przejechaniu trzystu jardów widział, że prowadzi swoich ludzi do ataku na

pięć tysięcy konnych. Pył i kurz wzbijane przez konie, jeśli były podarunkiem Pani Stepów,

to podarunkiem dla obu stron: koczownicy nie mieli szans na skryte obejście karawany, lecz

jednocześnie, gdy walka już rozgorzała, karawana stawała się ślepa na to, co działo się na

polu bitwy.

Zawrócili. Z bólem serca, bo mniej niż pół mili przed nimi szarobury koczowniczy

potwór pożerał właśnie resztki Pierwszej Fali, a oni nie pragnęli niczego więcej, niż utoczyć

mu krwi. Kilka a’keerów wyrwało się w ich stronę, jakby prowokując do ataku, ale dalsza

walka byłaby szaleństwem. Nawet gdyby Lamerei rzucił do bitwy wszystko, co miał, dzięki

czemu być może wyrównałby szanse i rozbił te pięć Skrzydeł, to Fale poniosłyby zbyt wielkie

straty, a przecież rolą rydwanów nie było zwycięstwo w polu, tylko osłona ciężkich wozów,

zdobycie czasu dla karawany, by ta mogła zamienić się w niezdobyty obóz. Być może

trzydzieści lat temu, gdy do bitew stawały hordy dzikich wojowników, dla których nie liczyło

się nic prócz wojennej chwały, załogi nie posłuchałyby rozkazu i runęły na wroga. Ale teraz

Verdanno nie szli po chwałę, tylko po własną ziemię i należną im zemstę, a mieli dość czasu,

by zrozumieć, że zemstą należy cieszyć się jak dobrze schłodzonym piwem, spokojnie i bez

emocji. Pomknęli więc w stronę pancernych wozów, ostrzeliwując się tylko zawzięcie, choć

Se-kohlandczycy nie naciskali ich zbyt gorliwie. Najwyraźniej zadowolili się zniszczeniem

jednej Fali lub też, co równie prawdopodobne, kończyły im się strzały.

Tak czy inaczej w zaledwie kwadrans obóz New’harr stracił szóstą część swoich

rydwanów.

Trzecia Fala zajęła pozycję na jego czele, rozciągnęła się szeroko, by uzupełnić lukę po

Pierwszej. Der’eko zgrzytnął zębami w bezsilnej złości, obserwując pobojowisko, do którego

się zbliżali. Pamiętał – choć nie powinien tego wspominać – jakie to uczucie, siedzieć w

siodle, czuć pod sobą żywego konia, jego ciało,’ pracę mięśni, każde uderzenie kopyta o

ziemię, każdy oddech. Czuć, jak wali mu serce i jak twoje własne dostosowuje się do tego

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги