rytmu, aż stajecie się jednością. Być może to ostatnie wspomnienie stanowiło tylko część

snów, które go czasem nawiedzały, lecz były to sny wyjątkowo wyraźne i niosące jeden

przekaz, krwawo teraz potwierdzony. Koła są gorsze od kopyt, a gdyby Wozacy zamiast

trzech tysięcy rydwanów mieli sześć tysięcy jazdy, to starcie wyglądałoby inaczej.

Gwizdki przekazały rozkazy wzdłuż linii rydwanów.

„Równaj!”. „Czekać!”.

Koczownicy wycofywali się w kierunku własnego obozowiska, gdzie widać było kolejne

oddziały szykujące się do walki. Jechali spokojnie, powoli, z arogancją tych, którzy

opuszczają pole zwycięskiego starcia. Gorzki policzek dla dumy Verdanno.

Za jego rydwanem zatrzymał się kolejny pojazd, Lamerei skinął dłonią.

„Przeskakuj”.

Der’eko oddał lejce swojemu łucznikowi i zeskoczył na ziemię. Gdy tylko zamienili się z

łucznikiem dowódcy, Awe’aweroh Mantoru zwolnił nieco, aż znaleźli się kilkadziesiąt

kroków za Trzecią.

– Jakie straty?

Lamerei używał anaho, cedząc słowa półgębkiem. Oczywisty wybór, pozostałe języki

dały się czytać oczami, a jasne było, że teraz wszystkie oczy wlepione są w ich rydwan.

– Trochę rannych. Wszystkie wozy przyprowadziłem z powrotem.

– Szczęście Pani Stepów było z tobą. Z Pierwszej wróciło trzydzieści załóg.

Trzydzieści! Było gorzej, niż się spodziewał.

– Okaleczają konie – głos starszego mężczyzny obniżył się jeszcze. – Strzelają w nogi,

oczy, chrapy, czasem rzucają oszczepy w koła. Atakują ze wszystkich stron naraz, wybierają

po kilka załóg, rozbijają szyk. Młyn rozwalili w mniej niż kwadrans.

– W poprzedniej wojnie...

– W poprzedniej wojnie nie było takich wielkich obozów, a my nie mieliśmy skrzydeł ani

tak dobrze chronionych zaprzęgów. Ale wtedy oni starali się raczej zdobywać konie, niż je

zabijać. Potrzebowali zwierząt i niewolników.

Tak. To się zmieniło. To oraz fakt, że jak na razie nie próbowali uderzać na karawanę.

Der’eko obejrzał się, było coś uspokajającego w niewzruszonej pewności, z jaką ściana

pancernych wozów sunęła przed siebie.

– Nie patrz tak na nie. – Awe’aweroh zdawał się czytać jego myśli. – Na razie

przejechaliśmy ledwo milę, a siła wędrującego obozu jest złudna. Bez rydwanów oni rozbiją

karawanę po kilku godzinach, ciężkie wozy są sto razy więcej warte, gdy tworzą zwartą

ścianę, niż gdy wędrują. Dlatego zaczęli od oskrobania obozu z Fal. Jak nie będzie

rydwanów, tysiąc konnych zmusi nas do zatrzymania się. Widzisz? Już idą następni.

Der’eko spojrzał we wskazanym kierunku. Od strony obozu koczowników zbliżała się

kolejna szara horda. Nie, nie horda, poprawił się w myślach. Armia. Jadą zbyt równo, za

spokojnie, bez problemu dzielą się na Skrzydła i a’keery, a wszystko w ruchu, kłusem. To jest

cholerna armia konna, wyrosła na tysiącu potyczek i setkach bitew. Zlekceważyliśmy ich w

poprzednim starciu, sądząc, że skoro mamy lepsze pancerze i większe konie, to po prostu po

nich przejedziemy. Rozbiliśmy ich u podnóża gór, więc wydawało się nam, że już zawsze

będą uciekać, gdy zobaczą nasze rydwany. Jak wiele innych ludów przed nami, pozwoliliśmy

sobie na chwilę pogardy, widząc gromadę kurdupli w skórzanych pancerzach, wojłokowych

kaftanach albo baranicach, dosiadających małych koników i władających małymi,

śmiesznymi łukami. Nawet Imperium potrzebowało kilku lat i musiało wykorzystać wszystkie

siły, by ich powstrzymać.

To były gorzkie myśli, zabarwione odrobiną ponurego rozbawienia, którego źródło tkwiło

w świadomości, że Se-kohlandczycy kłaniali się Gallegowi, Panu Burz, a ludy, dla których

ważniejsza była Pani Stepów, musiały zginać przed nimi kark. Władczyni Koni została

upokorzona przez konną armię.

– Powinniśmy siedzieć w siodłach.

Wyrwało mu się to bezwiednie, jako zwieńczenie myśli tłukących się od dłuższego czasu

po głowie. I zaraz rzucił okiem na dowódcę, spodziewając się potępiającego wzroku i

oburzonej miny. Ale Lamerei nie odrywał spojrzenia od zajmujących pozycję koczowników.

– Są jakieś dwie mile od nas, ale nie dadzą nam spokoju... O, widzisz, ruszyli. Macie

zakaz atakowania, choćby wjeżdżali wam między konie. Możecie strzelać, ale nie oddalajcie

się dalej niż sto jardów od wozów. Na wszystkich są dodatkowi kusznicy, będą nas wspierać.

Taka taktyka nazywała się Atłasowa Koszula. Rydwany trzymały się karawany blisko,

jak koszula ciała, i ostrzeliwały wroga wraz z załogami wozów bojowych. Traciły jednak w

ten sposób swój główny atut, ruchliwość i szybkość. A przecież cały czas wbijano im do

głowy, że wolny rydwan to martwy rydwan.

– Wiatr ustał. – Starszy mężczyzna mamrotał, nie patrząc na Dereka. – Nie pozwolę wam

znikać w tumanach kurzu, bo już z nich nie wyjedziecie. Modlę się do Szarowłosej, by te

chmury, które mamy nad głowami, pokropiły choć odrobinę, tyle, by pył przykleił się do

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги