ziemi, ale na razie nie raczyła mnie wysłuchać. Więc macie się trzymać blisko, nawet jeśli
będziemy ponosić większe straty.
Zamilkł na chwilę, ruszając szczęką, jakby żuł kawał surowego mięsa.
– Jeżdżę rydwanem, odkąd skończyłem sześć lat i wyrosłem na tyle, by zobaczyć coś nad
krawędzią kosza. Nigdy nie złamię Przysięgi. Ale dwadzieścia lat w Imperium, między
jeźdźcami różnych ludów... gdyby Pani Stepów dała mi jakiś znak... wsadziłbym was
wszystkich na konie... Gdyby dała znak. No... biegnij już. Trzecia czeka.
* * *
Kyh Danu Kredo zatrzymał spienionego konia przed namiotem Yawenyra. Kopuła z
żółtego jedwabiu wyrastała kilka łokci ponad inne, będąc i tak – mimo swych rozmiarów –
ledwo namiastką prawdziwego Złotego Namiotu. Ten prawdziwy stał w Koh Dalen, pośrodku
Wielkich Stepów, w centrum królestwa Wolnych Plemion, miał trzysta jardów średnicy i
składał się z wielu połączonych ze sobą namiotów, obleczonych milami najdroższych tkanin
w kolorach od bladej żółci lipowego miodu, do ciemnego, agresywnego oranżu noszonego na
głowie przez żmije stepowe. Konstrukcja tutaj wyglądała przy nim jak namiot niewolników.
Mimo to serce se-kohlandzkich plemion biło obecnie właśnie w tym miejscu.
Zeskoczył z siodła, zatrzymując się przed rozciągniętym na ziemi czerwonym sznurem.
– Kyh Danu Kredo prosi o posłuchanie u Ojca Wojny, Prawej Dłoni Gallega, Pana Burz.
Upokorzenie miało gorzki smak. On, jeden z pięciu najpotężniejszych ludzi Stepów, musi
opowiadać się jak byle sługa i czekać, aż jeden z ponurych strażników wejdzie do środka i
powiadomi Yawenyra o jego obecności. I wszystko to na oczach setek Jeźdźców Burzy,
szykujących się wokół do bitwy. Żaden z nich nie spoglądał na niego otwarcie – zerkali
szybko, kątem oka, ale i tak uśmiechali się lekko, jakby do własnych myśli, i ostentacyjnie
przechodzili obok, rozmawiając półgłosem. Jeźdźcy wiedzieli, że łaska Ojca nie spowija już
jego Syna, a że byli dumą Wolnych Plemion, pozwalali sobie na więcej niż inni.
Tak. Gorzki smak. Czuł go na języku i podniebieniu, zupełnie jakby ktoś poczęstował go
nalewką z gorczycy.
Kula żółci podjechała mu do gardła, gdy z namiotu wyszła jasnowłosa niewolnica.
– Ile? – zapytała lekko, a on w pierwszej chwili nie zrozumiał, o co chodzi, zajęty
rozmyślaniem, jak wielu spośród otaczających go wojowników zauważyło, że Yawenyr
wysłał do niego niewolnicę.
– Ile...? – I przypomniał sobie ostatnie polecenie starego pryka. – Jakieś pięćset. Stracili
pięćset rydwanów.
Przez chwilę wyglądała, jakby się zastanawiała, jakby – na Garść Piorunów! – to od niej
zależało, czy ta odpowiedź jest zadawalająca.
– Ojciec wysłucha twojej relacji. – Odsunęła się na bok.
Yawenyr poświęcił mu kilka minut, siedząc na wilczej skórze rzuconej wprost na ziemię.
Co oznaczało, że on, Kyh Danu Kredo, musiał przed nim klęczeć, półzgięty, gdyż w czasie
posłuchania głowa Syna nie może znajdować się wyżej niż głowa Ojca.
Istnieją setki sposobów, by zgiąć niepokorny kark, a on miał wrażenie, że żaden nie
zostanie mu oszczędzony.
– Dobrze. Ale drugi raz nie uda ci się tak łatwo odciągnąć rydwanów od karawany. Teraz
będziesz musiał stoczyć bitwę przy ścianie pancernych wozów, pod gradem strzał i bełtów.
Posłałeś już ludzi do ataku?
– Tak, Ojcze. Następne pięć Skrzydeł.
– Dobrze. Jak szybko idzie obóz?
– Nie szybciej niż maszerujący człowiek.
– Dużo ich, prawda? To dobrze. Zbyt wiele wozów, za mało doświadczonych woźniców.
Nie mogą jechać szybciej, bo tak wielką karawanę trudno kontrolować i chronić jednocześnie.
Gdy jeden bok zwolni, drugi pójdzie naprzód i szyk się rozerwie.
– Rozumiem, Ojcze.
– To dobrze. – Wódz Wolnych Plemion skinął z namysłem głową. – Moi Źrebiarze
mówią, że dziś nie spadnie deszcz. Kurz cały czas będzie zasłaniał pole bitwy.
– Tak, Ojcze. Wydam rozkazy.
Yawenyr pokiwał głową.
– Dobrze. Do zachodu słońca zostały ci jakieś trzy godziny. Masz do zniszczenia jeszcze
pięćset rydwanów – powiedział cicho, uśmiechając się ze zwodniczą łagodnością. – Spiesz
się, mój Synu.
* * *
Boliboliboli...
Oddychanie staje się męką ponad siły, haki zmieniają się w rozpalone do białości kły
dzikich bestii, wczepionych w pierś i plecy, próbujących rozerwać ją na strzępy. Każdy
oddech jeszcze je rozdrażnia, prowokuje do kolejnych ataków. Każde drgnienie mięśni,
spazmatyczny, czasem bezwiedny ruch, odzywa się ogniem w ranach, szarpie trzewia, wbija
rozpalone ostrza między połamane żebra.
Key’la ma zamknięte oczy, zagryzione z całej siły zęby, dłonie zaciśnięte w pięści tak
mocno, że paznokcie chyba przebiły skórę.
Nie będzie krzyczeć.
Nie będzie patrzeć.
Nie na te kilkanaście okrągłych kształtów, rozrzuconych wokół jej trójnogu jak piłki
zostawione przez niesforne dzieci.
Mimo zaciśniętych powiek wciąż miała przed oczami jeźdźców wracających z pierwszej
bitwy. Zwycięskich, uśmiechających się, żartujących. Nawet ci z nich, którzy brocząc krwią,