chwiali się w siodłach, mieli zadowolone miny. Za nimi, na przedpolu karawany zostało
kilkaset rydwanów, rozbitych, połamanych, pozbawionych zaprzęgów. Fala, która próbowała
kontratakować, zawróciła nagle i pomknęła w stronę pancernych wozów, jakby szukając
ochrony w ich cieniu. Na ten widok w obozie za jej plecami wybuchły krzyki i śmiechy, które
paliły jej duszę niczym krople wrzącej smoły. Plemiona Kyh Danu Kreda brały odwet za
nocną bitwę przy rampie, a gdy zaskoczenie nie stało po stronie Verdanno, konnica
zwyciężała ich z łatwością.
Ostatnia grupa konnych zatrzymała się i cisnęła w jej stronę jakieś okrągłe rzeczy.
Wiedziała, co to jest, oczywiście że wiedziała, lecz świadomość wzbraniała się przed
nazwaniem ich, jakby nadanie tym kształtom nazwy mogło jeszcze coś zmienić. Wyłowiła
wśród jeźdźców swojego „właściciela”, tego, który ją tu powiesił. Uśmiechnął się tylko i
rzucił jej pod nogi jeszcze jedną głowę. Nie spojrzała w dół, choć warkocz musnął jej kostki. I
tak wiedziała, że do końca życia nie zapomni wyrazu cierpienia, który zastygł na twarzy
widzianej w ruchu, przez mgnienie oka.
Do końca życia, czyli do wieczora.
Może do świtu.
Może on wreszcie przyjdzie i... i da jej odpocząć.
Widziała coraz gorzej, krawędzie przedmiotów rozmywały się, zasnuwały czerwoną
mgiełką, uciekały w szarość.
Dlatego zamknęła oczy.
Niczego nie pragnęła bardziej niż tego, by odpłynąć w ciemność.
Krzyknęła, krótko, zaraz zagryzając wargi. Uderzenie trafiło ją w splot słoneczny,
zmuszając do nagłego szarpnięcia, wypuszczenia powietrza i próby gwałtownego nabrania
tchu.
Starszy ze strażników wpatrywał się w nią, marszcząc czoło w zabawnym grymasie.
Widząc, że otworzyła oczy, warknął coś i szturchnął ją raz jeszcze, trafiając precyzyjnie w
jeden z haków, aż ogień rozszedł się po całym ciele. Krzyknęła, niech Pani o Szarych
Włosach jej wybaczy, krzyknęła, bo to było tak, jakby rozpalony pręt przebił jej serce. A
strażnik pokiwał głową i wskazał nieckę, wypluwając kilka słów w swoim języku. Nie
potrzebowała tłumacza, gest był jasny. „Patrz!”. Masz patrzeć, bo inaczej znów uderzę.
Więc uniosła głowę i spojrzała.
Wnętrze niecki tonęło w kurzu. O ile wcześniejsze starcie wznieciło tuman pyłu o
średnicy może mili, o tyle teraz miało się wrażenie, że burzowa chmura opadła nad ziemię, by
poczochrać swój brzuch o trawy. Nie było widać nic dalej niż na kilkadziesiąt kroków, na jej
oczach kolumna może dwudziestu konnych wjechała w kurzawę i nim zanurzył się w niej
ostatni jeździec, pierwszy już znikł. Wyglądało na to, że koczownicy postanowili stoczyć
bitwę na ślepo, tylko oni raczej nie musieli się martwić, iż zgubią wroga, nie można przecież
zgubić czegoś wielkości miasta.
Och, nigdy tak naprawdę nie wędrowała taką karawaną, ale łatwo mogła sobie wyobrazić,
co dzieje się wewnątrz. Konie się boczą, woźnice próbują utrzymać szyk, widząc tylko trzy
wozy przed i trzy za sobą, załogi wozów bojowych wpatrują się w szarą ścianę, usiłując
dostrzec koczowników, nim ci wyskoczą nagle przed nimi, zasypią strzałami i znikną.
Największa przewaga, jaką mieli kusznicy – zdolność do rażenia wroga z dużej odległości,
nim zdoła on podjechać na tyle blisko, by ranić konie – przepadła. Rydwany... Obserwowała
kilka razy ćwiczenia Strumieni i Fal, tuż przed tym, zanim wyruszyli na północ, i wiedziała,
jak wiele miejsca potrzebuje duży oddział rydwanów, by skutecznie walczyć. O wiele więcej
niż podobnej liczebności oddział jazdy. Jako dziecko wyrosłe w przygranicznym miasteczku,
pełnym konnych zabijaków, potrafiła łatwo dostrzec różnicę. Żadna Fala nie zdoła też
walczyć, nie widząc wroga, Der’eko powiedział jej kiedyś, że najważniejsze dla dowódcy
rydwanów są oczy, bo nie ma nic gorszego niż wozy, które zderzają się ze sobą, zamiast
wykonywać manewr.
A koczownicy wyłupili im te oczy. I to w najprostszy z możliwych sposobów, o czym
przekonała się, gdy z kurzu wyjechała galopem grupka dziesięciu jeźdźców ciągnących za
sobą sterty powiązanych gałęzi. Zatoczyli koło, wzniecając chmurę pyłu, i znikli.
Och... Pani Stepów, ześlij im deszcz.
* * *
Karawana krwawiła. Tylko że zamiast wozami bojowymi, krwawiła rydwanami. Tracili
konie i ludzi. A najgorsze było to, że nic nie mogli zrobić. Der’eko nie wiedział nawet, ile ma
jeszcze załóg, bo Trzecia Fala rozciągnęła się wzdłuż prawego boku Pancernego Węża na
długość prawie mili, w trzech kolumnach, mających odgrodzić koczowników od obozu.
Zewnętrzną linię wozów bojowych miał jakieś pięćdziesiąt jardów po lewej, a i tak ledwo
dostrzegał zarysy potężnych pojazdów. Jego oddział musiał dostosować się do tempa całego
obozu, tempa, które coraz bardziej spadało, teraz całość robiła ledwo pół mili na godzinę,