szarpanym rytmem, w trakcie którego wozy czasem po prostu stawały, by się nie zderzać,
woźnice krzyczeli, a zwierzęta coraz bardziej się denerwowały.
Se-kohlandczycy zdominowali pole bitwy. Atakowali z różnych stron, w różnej liczbie i z
różną częstotliwością. Na dodatek znów zmienili taktykę. Tym razem strzelali nie tylko do
koni, ale także do ludzi i wielu Wozaków przekonało się, że strzała wypuszczona z
trzydziestu kroków całkiem nieźle radzi sobie z kolczugą. Skutek był taki, że załogi zaczęły
szyć z łuków do wszystkiego, co tylko pojawiło się w zasięgu wzroku. Najczęściej do
własnych przywidzeń.
A koczownicy nie odpuszczali, pojawiali się po kilkunastu, zasypywali rydwany strzałami
i znikali. Czasem zresztą tylko się pojawiali, na mgnienie oka, by po chwili odskoczyć,
zniknąć jak duchy. A czasem... tak jak kilka minut temu, rzucali się do frontalnego ataku,
wjeżdżając między rydwany, siekąc konie szablami po łbach i dźgając włóczniami po
odsłoniętych nogach, ścierając się twarzą w twarz z załogami wozów, zanim łucznicy
Verdanno zdążą sięgnąć po inną broń. Tylko dlatego, że Fala tworzyła trzy linie, które mogły
się wspierać, nie przedarli się wtedy przez nich, ale to krótkie starcie kosztowało ich prawie
całą Strugę. Ten, kto stwierdził, że nieruchomy rydwan to martwy rydwan, miał rację. Jeszcze
kilka takich bezpośrednich ataków, a koczownicy dobiorą się do wozów bojowych i karawana
nie zyska nic, poza utratą większości rydwanów.
Długo, długo, krótko.
Dźwięk rogów brzmiał jak łkanie, jak przyznanie się do klęski. Długo, długo, krótko.
„Stajemy!”.
Pancerne wozy zatrzymują się, załogi wyskakują i wyprzęgają konie, te z wewnętrznych
linii wjeżdżają w luki po zaprzęgach, na ostatnim odcinku przepychając swoje wozy ręcznie.
W kilka minut powstaje linia niemal całkowicie szczelna, bo dobry
przecież o swoich rydwanach. Co kilkanaście wozów jest szczelina, blokowana na razie przez
pawężników. Trzecia Fala czeka na sygnał, wzywający do powrotu, schronienia się wewnątrz
obozu, ale ustawienie Pancernego Muru trwa dłużej niż w czasie spokojnej wędrówki. Ludzie
i zwierzęta są nerwowi, w niektórych miejscach linia rozciąga się za bardzo, w innych jest za
szeroka. To dlatego karawan nigdy nie prowadzi się nocą, ślepota wprowadza większy chaos
niż atak całej wrogiej armii.
Wreszcie jest – krótko, krótko, krótko – „Rydwany do obozu!”.
Koczownicy tylko w dwóch miejscach zaatakowali wycofujące się Strugi, ale przyjąwszy
salwę z wozów bojowych, znikli od razu z pola widzenia i Der’eko nie mógł się pozbvć
wrażenia, że po prostu pozwolili im się schować wewnątrz karawany. W końcu osiągnęli
sukces, zatrzymali największego Pancernego Węża na świecie i to nie stalą czy ogniem, lecz
stepowym pyłem.
Laal musiała się uśmiechać wyjątkowo kwaśno.
– Dowódcy Fal do
Dowódcy Fal do
Der’eko skierował się ku centralnej części obozu.
Przed wozem And’ewersa było dość tłoczno. Gdy przybył, stali tam już dowódcy
pozostałych Fal,
Obozu New’harr, i Vam’owez Bawerah, dowodzący całą piechotą, jaką mieli.
I to on właśnie odezwał się pierwszy.
– Czy to nie
Kowal zmierzył go spojrzeniem z góry na dół.
– Emn’klewes sprawdza północną ścianę. Rozciągnęła się za bardzo. Jak nie widzimy,
gdzie jedziemy, nie sposób utrzymać porządku. Nie zakładamy obozu, tylko szukamy wyjścia
z pułapki. Teraz możemy wyrównać wozy, wyprostować ściany, potem wypuścić rydwany na
zewnątrz i pod ich osłoną zrobić kolejne ćwierć, może pół mili. A potem znów zatrzymać się,
by poprawić szyki. Ile ujedziemy, zanim stracimy wszystkie Fale? Dem mówi, że dziś nie
spadnie deszcz, jutro i pojutrze też nie.
Ubrany na czarno czarownik pokiwał głową. Gdzieś z lewej dobiegły ich odgłosy bitwy,
krzyki, szczęk broni, świst strzał. Po kilku chwilach wszystko ucichło.
– Sprawdzają nas – skwitował to krótko And’ewers. – już wiedzą, że stoimy, ale nie
wiedzą, na jak długo. Będą potrzebowali godziny, by podjąć decyzję, co dalej: pozwolić nam
ruszyć, by szarpać konnicą, czy zacząć oblężenie.
– Nie możemy dać się zamknąć w oblężeniu. –
dowódcy rydwanów oblężenie oznaczało koniec walki. Mógłby co najwyżej spieszyć załogi i
używać ich do łatania dziur w obronie.
– I nie zamierzamy. Za dzień będziemy tu zdychać z pragnienia, za dwa zaczniemy pić
własne szczyny. My w ten sposób pociągniemy jeszcze trochę, ale konie nie. Musimy dotrzeć
do rzeki. To jakieś pięć mil.
Nikt się nie odezwał, nikt nie parsknął kpiąco. Pięć mil. W tym tempie to dziesięć godzin,
pod warunkiem, że koczownicy nie zaczną bardziej naciskać. Der’eko chrząknął.