– A wy, czarownicy, co powiecie? Dacie radę ściągnąć deszcz? Przywołać wiatr? Zrobić
cokolwiek?
Has, wciąż blady i słaby, wymienił spojrzenie z siostrą. Byli najstarszymi i
najpotężniejszymi szamanami, jakich miał obóz New’harr, jednymi z najbardziej
doświadczonych wśród Verdanno. Należeli do tych nielicznych, którzy przeżyli masakrę, jaką
Ojciec Wojny zgotował wozackim czarownikom po podboju Wyżyny Lytherańskiej. Reszta
szamanów wywodziła się z młodzieży kształconej potajemnie w obozach na pograniczu
Imperium. Teraz jednak rodzeństwo pokręciło głowami.
– Żeby wywołać deszcz z nieba, które nie chce płakać, musiałbyś mieć dziesięciu albo
dwudziestu takich jak ja. A i tak większość pewnie zapłaciłaby za tę próbę życiem. Poza
tym... – Stary czarownik wyglądał na zakłopotanego. – Nasze umiejętności... nasze duchy,
będą jeszcze potrzebne. Tam – machnął ręką w stronę obozowiska koczowników – gromadzi
się Moc.
– Źrebiarze – prychnął dowódca piechoty. – Wiemy, że ich mają.
– To nie Źrebiarze. Oni potrafią wyrwać ducha z ciała i okiełznać przez niego Moc, ale
sami nie są zbyt wrażliwi na duchy, które są wokół. Natomiast tam... Sahrendey – Has splunął
na ziemię – ciągną za sobą duchy przodków, tych, którzy nie odeszli do Domu Snu, i budują z
nich kordon ochronny wokół swojego obozowiska. Tylko że coś się zmieniło, coś się zbiera...
Och, na Białe Kopyto, jakbym rozmawiał z dżdżownicą o kolorach!
– Wystarczy.
nazywać go ojcem – chrząknął i założył ręce na piersi. Wszyscy znali już tę postawę, zaraz
padną rozkazy.
– Na razie atakują nas tylko konni Kyh Danu Kreda. Te zawszone bękarty Amanewe
Czerwonego nawet się nie pokazały. Nie wiemy dlaczego, ale tym lepiej. Koczownicy zrobili
błąd, lekceważąc nas, ale to się zemści. Cały czas odbijaliśmy w lewo i jesteśmy już jakąś
milę od tego wzniesienia, które trzymają nasze rydwany. Ich dowódca przysłał mi wieść, że
wyżej wiatr rozwiewa całkowicie kurzawę i wszystko widać na setki jardów. Skręcamy.
Obrócimy się w lewo i idziemy naprzód, by zająć to wzniesienie.
Zapadła cisza. Obrócić się w lewo. Tak po prostu, cały cholerny, liczący kilka tysięcy
wozów obóz. Ćwiczyli to kiedyś, w Meekhanie, na dany rozkaz wozy stają i obracają się w tę
samą stronę, a karawana może zmienić trasę wędrówki albo nawet zawrócić, nie ruszając się z
miejsca. Ale kilka tysięcy wozów, w tej przeklętej kurzawie i z koczownikami na karku?
– Kiedy uderzamy?
Kowal spojrzał na niego, wykrzywił usta w dziwnym grymasie.
– Nie uderzacie. Nie stracę tysiąca rydwanów, by dać nam kwadrans albo i mniej. Osłoni
nas piechota.
Vam’owez Bawerah poprawił hełm, uśmiechnął się, jakby zakłopotany.
– Tak jak rozmawialiśmy?
– Tak. Wydałeś rozkazy?
– Oczywiście. Kompanie są gotowe.
Awe’aweroh Mantoru wodził wzrokiem od jednego do drugiego z taką miną, jakby nie do
końca rozumiał język, którym się posługiwali.
– O czym wy...?
– Zostawimy za sobą piechotę, dwa czworoboki po tysiąc dwustu ludzi. Opancerzone
tarczami, najeżone pikami i szyjące z kusz. Tak jak robią to Meekhańczycy.
– Zapytaj ich lepiej, ilu żołnierzy stracili, nim zrozumieli, że konnica robi z takiej
piechoty tarcze dla swoich strzał.
– Tylko wtedy, gdy próbuje się piechotą wygrać całą bitwę. A my przecież chcemy tylko
trochę spowolnić wroga, tak, żebyśmy zdążyli wykonać zwrot i wyrównać szyk. Potem
zabierzemy ich z powrotem. Jak będziemy wyżej, spuszczę ze smyczy twoje rydwany.
Dlatego Fale mają być w pogotowiu. I wy, czarownicy, również. Zaczynamy na cztery
krótkie. Zrobili błąd, że nas zlekceważyli.
* * *
– Lekceważenie. To najgorszy grzech na polu bitwy. Zmusiłeś ich do zatrzymania się,
mój Synu, lecz najwyraźniej nadal nas lekceważą.
Siwowłosy starzec rozsiadł się na rzeźbionym z ciemnego drewna krześle i spod
zmrużonych powiek patrzył na wypełniającą dno doliny chmurę kurzu. Minę miał taką, jakby
był zdolny przeniknąć wzrokiem mglisty tuman, który nadal przesłaniał okolicę, mimo że
oddziały jeźdźców „czeszących” wyschniętą trawę przerwały pracę. Kilka ataków, które
rozbiły się na ścianie pancernych wozów, wystarczyło, by ostudzić zapał co gorętszych głów.
Teraz wojownicy Wolnych Plemion potrzebowali zmiany taktyki.
– Nie zdobędziemy obozu lekką jazdą, Ojcze. Strzały i oszczepy nie wy... starczą...
Kyh Danu Kredo zająknął się, bo Yawenyr, Ojciec Wojny, niech sparszywiałe sępy pożrą
jego cuchnące ścierwo, wpatrywał się w niego z tym swoim dziwacznym uśmieszkiem, jakby
wysłuchiwał rewelacji irytującego pięciolatka.
– Ile rydwanów im zabrałeś?
To było dobre pytanie, na które sam próbował sobie odpowiedzieć. Siedem? Osiem