setek? Yawenyr nie łamał danego słowa. Jeśli powiedział „daj mi to, albo zabiorę ci tamto”,
należało zrobić wszystko, by „to” zdobyć.
– Jakieś siedem i pół setki.
– Więc jesteś już blisko. Jak sądzisz, co teraz zrobią?
– Pojadą dalej naprzód. Odkąd wyruszyli spod Olekadów, nie trafili na żadne źródło,
rzeczkę czy studnię. Muszą dotrzeć do wody.
– Tak, Synu. Lecz do wody prowadzi niejeden szlak. Dlaczego kazałem ci odebrać im
wzrok?
Odpowiedź na to pytanie spłynęła na niego niczym objawienie.
– By poszli inną drogą?
– Właśnie. W miejscu, gdzie są teraz, można wykopać studnie. Wiele studni, które szybko
się wypełnią, bo dno tej niecki jest poniżej dna rzeki. Może o tym nie wiedzą, bo nigdy nie
byli zmuszeni do kopania studni dla takiej ilości koni i ludzi, a może są zbyt pewni siebie i
wierzą, że dotrą do rzeki bez względu na wszystko. To bez znaczenia, ważne jest tylko to, że
teraz skierują się na lewo i my im w tym nie przeszkodzimy. Niech zajmą pozycję na
wzgórzu, gdzie choćby wykopali tysiąc studni, nie dotrą do kropli wody.
Przez chwilę patrzył na starca, Ojca Wojny, serce i duszę Wolnych Plemion. Nienawiść i
pogarda, którą czuł, gdy Yawenyr kazał mu raz za razem rzucać do ataku swoich najlepszych
ludzi, znikła. Ten suczy syn... Niech lepiej zdechnie ze starości i niech wszyscy bogowie, z
samym Gallegiem na czele, bronią mnie, bym miał kiedyś stanąć przeciw niemu na polu
bitwy.
– Co teraz, Ojcze? Pozwolimy im się wycofać?
– O tak, choć nie bezkarnie. Spójrz. – Kurz już powoli opadał, a pierwsze, co się z niego
wyłoniło, to były szerokie na dwieście jardów czworoboki piechoty. – Osłaniają plecy
tarczami piechurów.
Starzec uśmiechnął się niemal dobrotliwie.
– Zabij tylu, ilu zdołasz.
* * *
Wokół trójnoga zaczął się gromadzić tłumek. Koczownicy podchodzili, oglądali leżące w
pyle głowy, śmiali się i żartowali. Nikt nie próbował się do niej zbliżać, kilku najbardziej
ciekawskich przepędziło krótkie warknięcie jednego ze strażników. Miała żyć tak długo, by
nasycić żądzę zemsty swojego właściciela. Czerwona mgła, zasnuwająca krawędzie jej pola
widzenia, rozrosła się, owinęła ją kokonem obojętności.
Liczyło się tylko jedno.
Powolny wdech.
Powolny wydech.
Ból.
Nie oddychać, nie płakać, nie skarżyć się.
I pamiętać, by co jakiś czas unieść nieco głowę i spojrzeć w stronę niecki, tam, gdzie z
chmury pyłu wyłania się właśnie potężne, ruchome miasto, wędrujące mozolnie pod górkę.
Bo jeśli zbyt długo wisiała z głową opuszczoną na piersi, starszy ze strażników trącał ją
trzonkiem włóczni, aż zaczynała się kołysać jak zakrwawione wahadło, a tłumek wokół
wybuchał krótkim rechotem. Hak, w który trafił poprzednio, rozerwał ciało i niemal wypadł z
rany, gorąca krew spływała po skórze i tworzyła u jej stóp czarną kałużę.
Nawet gdyby chciała, nie miałaby już chyba sił, by zapłakać.
Kilku wyrostków biegało wokół trójnoga, pokrzykując i kopiąc jedną z głów, która
straciła już jakiekolwiek podobieństwo do części ludzkiego ciała. Reszta – głównie kobiety i
starsi mężczyźni – gapiła się na nieckę, wspinający się pod górę obóz i kłęby kurzu
wznoszące się za jego plecami. Trudno było cokolwiek dostrzec, czasem przemknął jakiś
oddział jazdy, czasem błysnęło żelazo. Najwyraźniej jednak Se-kohlandczycy nie mogli się
zbliżyć do karawany.
Boliboliboliboli...
To nie miało znaczenia. Żadne bohaterstwo, poświęcenie ani szalona odwaga nie ocalą
tych wozów. Do tej pory Verdanno zmierzyli się tylko z jednym Synem Wojny, i to
osłabionym, a i tak nieustannie się cofają. A przecież Sahrendey mają dwa razy tyle jazdy, co
Kyh Danu Kredo, i jest jeszcze Yawenyr i jego Błyskawice... Ten obóz zginie, a po nim
pozostałe. Nie powinni tu wracać.
Kopnięta głowa potoczyła się po ziemi i zatrzymała tuż pod jej stopami, w czarnej kałuży,
patrząc na nią jednym okiem. Z półotwartych ust wysuwał się opuchnięty język.
Warknięcie strażnika zatrzymało chłopaka, który próbował do niej podbiec. Cała
gromadka gapiła się na leżącą głowę, potem któryś z nich zaśmiał się i zaczął kopać następną.
Oderwała wzrok od poobijanej twarzy i spojrzała na pole bitwy. Od rzeki właśnie powiał
wiatr, zakręcił szarym tumanem, potargał go i pognał na zachód. Z kurzawy wyłoniły się dwa
potężne, osłonięte murem z tarcz czworoboki piechoty, otoczone pierścieniem konnych. A w
zasadzie półpierścieniem, bo piechota cofała się powoli, jakimś cudem utrzymując szyk i nie
dopuszczając, by odległość między nią a zamykającymi karawanę wozami była większa niż
pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt jardów. Każdy oddział jazdy, który znalazłby się w tej
przestrzeni, zostałby naszpikowany strzałami, więc koczownicy atakowali czworoboki tylko z
trzech stron, szyjąc z łuków i ciskając oszczepy, lecz nie próbując przejść do bezpośredniego
ataku. Pawęże piechoty miały prawie sześć stóp wysokości i wycięcie z prawej strony,