umożliwiające strzelanie z kuszy, więc oddziały pieszych ostrzeliwały się ostro, trzymając
koczowników na dystans. Za linią tarcz widniał las gotowych do użycia pik, rohatyn i gizarm.
Lecz na razie nie zanosiło się, by rychło były koniecznie. Konnica, mimo że liczna, nie
atakowała wprost, zadowalając się wystrzeliwaniem tysięcy strzał, które wznosiły się w górę,
jak chmury szarego ptactwa, i spadały do wnętrza czworoboku. Linia stojących za
pawężnikami pikinierów chwiała się od czasu do czasu, lecz utrzymywała formację. Podobnie
jak cały czworobok, cofający się powoli, krok za krokiem w ślad za karawaną. Wyglądało na
to, że żadna ze stron nie uzyska przewagi – ani piechota nie zmusi jazdy do ucieczki, ani
jazda nie złamie jej szyku i nie wyrżnie uciekających bezładnie Wozaków.
Tylko że koczownicy nie pierwszy raz walczyli z taką piechotą.
Zobaczyła, co szykowane jest nieco z boku, tam, gdzie niedawno zmasakrowano
rydwany, i mimowolnie uśmiechnęła się gorzko.
Nie powinniśmy tu wracać.
Wdech...
Boli...
Zastanawiała się, czy Ruk’hert i Det’mon są wśród tych piechurów i czy ich duchy
zaczekają na nią na drodze do Domu Snu. Bardzo nie chciałaby iść tam sama.
Opuściła wzrok, próbując nie patrzeć na to, co nadejdzie. Krew ściekająca po jej nodze
skapywała wprost na obciętą głowę.
Otwarte oko mrugnęło powoli.
* * *
Tarcza robiła się coraz cięższa, dziesiątki wbitych w nią strzał miało swoją wagę.
– Trzymać! Równaj! I...!
Zaprzeć się nogami, oburącz złapać uchwyty.
– ... teraz!!!
Szarpnąć w górę, aż w oczach pociemnieje, bo ostrogi wbiły się głębiej, niż Ruk’hert
sądził, i podnieść to cholerstwo.
– Dobra! I trzy kroki w tył! Raz! Dwa! Trzy! Równaj!!!
Tarcze opadły, żelazne zęby wgryzły się w ziemię. Kusznicy doskoczyli szczelin,
przymierzyli, posłali koczownikom garść bełtów. Wiatr ustał, więc kurz znów gęstniał, za
kilka chwil widoczność spadnie tak, że ledwo będą mogli dojrzeć cofającą się karawanę.
Niech Pani Stepów pod postacią Białej Klaczy stanie nad nimi i nasra na ich głowy! Mieli nas
już zabrać! Gdzie sygnał „Piechota do domu”?!
Ruk’hert zaparł się mocniej, czując drżenie gruntu pod stopami. Idą! Oddział jazdy
wyłonił się z kurzu i przemknął wzdłuż ściany tarcz, szyjąc z łuków w takim tempie, jakby im
za to płacili. Część pocisków leciała wysoko, by spaść na Wozaków w głębi formacji, resztę
wystrzeliwano na wprost. Pawęż zatrzęsła się od kilku uderzeń, jakaś strzała śmignęła przez
szczelinę strzelniczą i ktoś za jego plecami zakrztusił się urwanym krzykiem.
Dowódca oddziału piechoty rozdarł się znów:
– Równaj! Trzymaj! Teraz!
Zaprzeć się, unieść to cholerstwo, trzy kroki w tył, opuścić.
Cofali się skokami, po trzy kroki, na chwilę tylko rozluźniając szyk i odpłacając
koczownikom salwami z kusz. Czworobok rozciągnął się w prostokąt – szeroki na dwustu
pięćdziesięciu ludzi, głęboki na zaledwie czterdziestu – by osłaniać jak największy fragment
karawany, lecz chyba było to zbędne, bo koczownicy z jakichś powodów nie próbowali
przedostać się do wozów. Zamiast tego skupili się tylko na nich, powolutku wykrwawiając
oddział. Verdanno mieli dobre kolczugi i hełmy, ale dobre nie znaczyło, że nie do przebicia.
Dlaczego, do przeklętej, ciężkiej, zawszonej, parszywej jak zdechły sęp cholery, nie ma
jeszcze sygnału „Piechota do domu”?!
Wystarczyłoby, że wozy zatrzymają się na chwilę, pancerne czworoboki przytulą do nich
i piechota wsiąknie do środka, osłaniana przez łuczników i kuszników.
Gdzie sygnał?
Ruk’hert miał nadzieję, że walczący w sąsiednim oddziale Det’mon trafił lepiej. Po
krótkiej naradzie postanowili, że się rozdzielą, bliźniacy mogą sobie walczyć wspólnie, i tak
nie sposób ich rozdzielić, ale nie byłoby dobrze, gdyby ród stracił dwóch starszych synów od
jednego ciosu lancy.
Drżenie ziemi. Zaprzeć się, pochylić, wyrównać tarczę, by poza szczeliną strzelniczą nie
było innej szpary.
Uderzenie, raz, drugi, trzeci... I kolejne. Kusznicy dopadają do tarcz, posyłają
koczownikom salwę, rżenie koni miesza się z gardłowymi krzykami ludzi, ale nawała
pocisków nie ustaje.
Kilka kroków po prawej jeden ze strzelców padł na ziemię, z twarzy sterczało mu ciemne
drzewce, a Ruk’hertowi wydało się nagle, że po drugiej stronie rozszalał się grad, miotający o
pawęż lodowe kule wielkości pięści.
Co się dzieje?
Wyjrzał przez szczelinę. Konnica stała ledwo czterdzieści kroków od nich i wypuszczała
w ich kierunku strzałę za strzałą, przygotowując się, żeby...?
Zobaczył to w chwili, gdy szereg jeźdźców pękł, tworząc szeroką na kilka jardów
szczelinę. W szczelinie pokazało się... W pierwszej chwili Ruk’hert nie wiedział, co to, a gdy
zrozumiał, wrzasnął na całe gardło:
– Łańcuch!!!
Uniósł prawą krawędź tarczy, tę zachodzącą na pawęż wojownika stojącego obok, i