zaczepił stalowy pierścień zamocowany do tarczy o hak wystający z tarczy towarzysza. To
był wozacki koncept wywodzący się wprost z idei łączenia wozów bojowych łańcuchami.
Stalowy pierścień z prawej i hak z lewej strony pawęży pozwalał w mgnieniu oka wzmocnić
linię tarcz, utrudniając jej rozerwanie bezpośrednim atakiem. Takim jak ten, który właśnie
nadchodził.
A właściwie nadjeżdżał, turkocząc kołami po suchej ziemi. Se-kohlandczycy użyli kilku
zdobycznych rydwanów. Na każdy załadowali trupy, po kilka, kilkanaście, aż osie wyginały
się w łuk, i pchali je przed sobą, trzymając za dyszle. Taka masa, nawet jeśli nie pędzi z
prędkością cwałującego konia, potrafi rozbić każdy szyk.
Najbliższy rydwan, wypełniony makabryczną zawartością, pędził wprost na niego.
– Trzymać!!!
Towarzyszący mu kusznik doskoczył, wsparł tarczę ramieniem, zaraz za nim poszło
kolejnych kilku ludzi, reszta cofnęła się i pochyliła piki.
– Uwaga!!!
Rąbnęło; linia tarcz wygięła się w kilku miejscach, haki i pierścienie szczęknęły
metalicznie, ale wytrzymały. Po jego stronie tarczy uderzenie przypominało spotkanie z
rozpędzonym wozem, wewnętrzna część pawęży uderzyła go w głowę, hełm przechylił się na
bok i zasłonił oko, ale plecy natychmiast podparli mu ci z tyłu. Cała ściana przez chwilę
siłowała się w milczeniu, kilka szeregów mężczyzn z jednej strony przeciw masie prącej z
drugiej.
Za bardzo się rozciągnęliśmy, pomyślał, zaciskając zęby i zapierając się mocniej.
A potem wszystko się załamało.
W środek formacji uderzyły najpierw dwa rydwany, a później, gdy wydawało się już, że
utrzymają szyk – jeszcze trzy albo cztery, jeden przy drugim, i nagle linia połączonych ze
sobą pawęży pękła, szereg podtrzymujących ją piechurów przewrócił się, niektóre haki
wyskoczyły z pierścieni, inne wytrzymały, pociągając w dół sąsiednie tarcze, i powstała
wyrwa.
Natychmiast wpadli w nią jeźdźcy z szablami w dłoniach, tratując leżących na ziemi
Wozaków i rzucając się od razu na ostatnią linię obrony.
Błąd. Gdyby do ataku szli noszący kolczugi i dosiadający opancerzonych wierzchowców
Jeźdźcy Burzy albo gdyby ta piechota była inną piechotą mniej zdeterminowaną czworobok
rozsypałby się na wszystkie strony, a konni wyrżnęliby uciekających w kilka chwil.
Ale to byli lekkozbrojni łucznicy, chronieni przez pikowane kaftany albo co najwyżej
lekkie skórzane pancerze i hełmy, a naprzeciw nich wciąż stała ściana żelaza i stali. Kilkaset
pik, rohatyn i gizarm pochyliło się i potworny, opancerzony jeż ruszył do ataku, kłując,
dźgając, ściągając jeźdźców z siodeł. Przez moment ledwo kilku najzuchwalszych
koczowników dotrzymało Wozakom pola, siekąc szablami po drzewcach, ale nim człowiek
zdążyłby przebiec sto kroków, uciekli albo zostali zabici.
Odsłaniając szeroką na trzydzieści jardów wyrwę w linii.
I trzystu konnych łuczników, stojących karnie ze strzałami na cięciwach ledwo sto stóp
od Verdanno.
Strzelili. Od razu, jak tylko ostatni ze szturmujących uciekł w bok, wypuścili trzysta
strzał, które leciały bardzo płasko i bardzo szybko. Z takiej odległości nawet dobra kolczuga
wzmocniona nałożonym na nią pikowanym kaftanem nie zawsze pomoże, tym bardziej że
strzały leciały jedna za drugą co uderzenie, dwa uderzenia serca, nieustającym, morderczym
gradem.
Gdzieś z boku dowódca piechoty darł się wściekle:
– Tarcze! Podnosić tarcze! Ruszać się, bękarty!
Ruk’hert patrzył, jak pawężnicy zaczynają się podnosić, tak, jak ich nauczono: „Jeśli
konnica rozerwie wasz szyk i cię przewróci, skul się pod tarczą i czekaj, aż reszta załatwi
sprawę, a potem wstawaj i twórz linię”. Ale wszystko to trwało za wolno, jakby oszołomieni
ludzie poruszali się w gęstym syropie, a może to jemu tak się wydawało, bo strzały dalej
wpadały w wyrwę szumiącą, potężną chmurą, a wszystko wokół zdawało się zamierać.
Szereg pikinierów niechronionych tarczami słaniał się i padał, i zanim odtworzono linię,
zanim kusznicy doskoczyli do szczelin i odwdzięczyli się koczownikom gradem własnych
pocisków, prawie pod połową Wozaków ugięły się nogi i upuścili broń.
W dziesięć, dwanaście uderzeń serca czworobok miał stu zabitych i ciężko rannych, a
jego linia chwiała się i drżała. Na dodatek zatrzymali się na dłuższą chwilę i wozy znikły już
w kurzawie.
Zostali sami.
Ziemia zaczęła drżeć.
– Koło! Koło! Posrańcy! Szybciej!!! Ranni do środka!
Linia tarcz zaczęła się wyginać, tworząc olbrzymie koło.
– Skracać! Podwójne! Dwie linie mówię! Usypiecie sobie kurhan z ich trupów!!!
Łańcuch!
Dwie linie pawęży na zewnątrz i wyposażona w długie drzewce piechota pośrodku.
Twierdza, której złamanie może kosztować mnóstwo czasu i krwi. Twierdza, która nie może
się ruszyć z miejsca.
Rzeczywiście, usypanie kurhanu z se-kohlandzkich trupów było jedyną rzeczą, jaka im