pozostała.
Łoskot kopyt narastał i nagle z kurzawy za nimi wyłoniły się rydwany gnające pełnym
cwałem z rozwianymi kolorowymi wstęgami mocowanymi do burt. Najbliższy skręcił i
zatrzymał się tuż przy towarzyszach Ruk’herta.
– Zabierać się stąd! Damy wam czas!
* * *
– Ile?
– Tysiąc, Ojcze...
Cisza. Kyh Danu Kredo przykląkł z pochyloną głową przed Yawenyrem. Nie podnosił
twarzy, wystarczył mu widok siwowłosego starca siedzącego niedbale na rzeźbionym krześle
i jasnowłosej niewolnicy stojącej obok, z dłonią położoną w poufałym geście na jego
ramieniu. Było w tym coś niewłaściwego. Niewolnicy powinni pełzać u stóp władcy Wolnych
Plemion.
Danu Kredo wpatrywał się uparcie w swoje kolano, droga skóra spodni była brudna i
zachlapana krwią. Musiał osobiście dowodzić, musiał na czele przybocznych pędzić od
a’keeru do a’keeru, wykrzykiwać rozkazy, podnosić na duchu, wspierać wahających się. Nie
potrafił ocenić, ilu zabitych i rannych kosztowało go to trzygodzinne starcie, szaleńcze ataki
na rydwany i opancerzone niczym jakaś mityczna bestia czworoboki piechoty. Dwa, trzy
tysiące? Może za kilka godzin dowie się tego dokładnie. W obozie miał już dziesiątki
namiotów pełnych rannych i konających wojowników, a ostatnie, trwające niespełna dwa
kwadranse starcie z kontratakującymi rydwanami, wypełniło kolejne. Nie spodziewał się, że
Wozacy wyprowadzą je poza karawanę i że będą tak wściekle zawzięci. Przez chwilę wśród
walczących zapanował kompletny chaos i wydawało się, że rydwany zepchną ich o milę w
tył, rozbiją i popędzą ku obozowisku.
Gdyby osobiście nie interweniował, mogłoby się tak stać.
Ale Verdanno nie zależało na szaleńczej szarży, zadowolili się ocaleniem własnej
piechoty, choć kosztowało ich to kolejne dwieście albo trzysta załóg.
Mógł przynajmniej pochwalić się, że wykonał rozkaz. Te śmierdzące, ciemnoskóre
bękarty straciły tysiąc rydwanów, nim zaszło słońce.
– Dobrze. Bardzo dobrze, mój Synu. Ja też sądzę, że stracili tysiąc rydwanów, i to tylko w
starciu z lekką jazdą. Ale oczywiście wiesz, że to nie jest ich główna siła?
– Tak, Ojcze. – Uniósł głowę, spojrzeniem starannie omijając niewolnicę. – Ich siła to
wozy bojowe.
– Tak. Rydwany mają tylko zatrzymać nas do czasu, aż wozy bojowe staną w szyku.
Więc zmusimy ich do zatrzymania się tam, gdzie ja tego chcę. Na szczycie tamtego
wzniesienia.
– Będziemy atakować pod górkę – wyrwało mu się.
– To nieduża górka, pierwszy z rodu Danu Kredo. Niewielka. A oni nie będą mieli tam
kropli wody, łagodny wiatr zaś roznieci każdą iskrę w pożar. Będą musieli zużywać resztki
swoich zapasów do gaszenia ognia, a ognia im nie pożałujemy. Usmażę ich w płomieniach
własnych wozów.
Przez chwilę Ojciec Wojny wszystkich Wolnych Plemion uśmiechał się lekko. Jakby
mówił o jakiejś drobnostce, opowiadał żart.
– Spójrz tam. – Wskazał przeciwległy kraniec niecki, gdzie karawana rozsiadła się
wreszcie na szczycie wzniesienia. – Tam mają zostać i umrzeć.
Kyh Danu Kredo obejrzał się; mimo że od Verdanno dzieliły ich jakieś trzy mile, obóz
sprawiał imponujące wrażenie. Szeroka na dwa tysiące kroków ściana wozów kryła – teraz
widział dobrze – niezliczone szeregi pojazdów. Zobaczyli, jak całość robi zwrot na prawo, by
powędrować szczytem wzniesienia ku rzece. Przed wozami krążyły rydwany, wyżej wiatr
rozwiewał kurz i potęga Wozaków ujawniła się jak na dłoni.
Nagle dotarło do niego, że nie udało im się wyrwać z tej ściany ani jednego pancernego
wozu, a w jego plemionach zostało już tylko z dziesięć tysięcy wojowników. Dwa razy tyle,
jeśli posadzi na konie kobiety i wyrostków.
– Jak... – Przełknął ślinę. – Jak zmusimy ich, żeby tam zostali?
Uśmiech starca poszerzył się nieco.
– To proste, mój Synu. Przerazimy ich na śmierć. Uniósł kościstą dłoń i gdzieś za jego
plecami w górę wystrzelił kłąb żółtego dymu.
Rozdział 9
Zatrzymali się na wybrzuszeniu terenu flankującym nieckę z lewej strony. Zupełnie nie
tak, jak planowali; droga środkiem była krótsza, wygodniejsza i szybsza. Tutaj, gdy wozy
obsiadły grzbiet wzniesienia, trudno było utrzymać szyk, bo woźnice z jednej strony wzgórza
nie widzieli tych z drugiej, na dodatek teren cały pokryty był kamieniami i nierównościami.
Ale nie było tu tyle kurzu. Wiatr niemal nieustannie przewiewał okolicę, pozwalając im
widzieć wszystko w promieniu ponad pół mili, dziesięciokrotnie dalej niż w dole. Istniała
szansa, że będą mogli skutecznie używać rydwanów, a kusznicy i łucznicy wykorzystają
zasięg swojej broni. No i nie stracą tak głupio pozostałej im piechoty.
And’ewers stał na środku linii wozów bojowych i obserwował przedpole. Wnętrze niecki
wciąż wypełniała kurzawa, przeklęta przez wszystkich bogów kurzawa, która odebrała im
oczy. Przez to zwrot i uporządkowanie szyku zajęły karawanie znacznie więcej czasu, niż