sądził, mowa niska, język gestów, którymi woźnice przekazywali sobie polecenia, wędrowała
od wozu do wozu wolniej i ulegała przekłamaniom. Po zwrocie kilka kolumn wozów
mieszkalnych prawie się ze sobą zderzyło, jeden z tabunów luzaków rozpierzchł się, a w
lewej ścianie, która jeszcze przed chwilą tworzyła plecy karawany, powstała wyrwa mogąca
pomieścić całą armię. Porządkowali wszystko w czasie marszu, licząc na to, że piechota da
radę cofać się za nimi. Nie było sensu powiększać chaosu wewnątrz obozu, wpuszczając ją do
środka, tym bardziej że skutecznie trzymała koczowników na dystans.
A potem nagle przyszła wieść, że tylne wozy nie widzą czworoboków oraz że na
zewnątrz słychać odgłosy wściekłej walki. Ledwo zdążył posłać trzy Fale do kontrataku.
Udało się przepędzić lekką jazdę z pola, choć stracili kolejny Strumień i ponad trzystu
pikinierów i pawężników. W tym pyle nie dało się walczyć, nie można było wykorzystywać
ich największej przewagi, jaką było lepsze opancerzenie i uzbrojenie oraz wsparcie, jakiego
mogłyby udzielić walczącym na zewnątrz karawany załogi wozów bojowych.
Zaklął i zacisnął pięści w bezsilnej złości. Nigdy nie był zbyt religijny. Laal Szarowłosa
to dla niego odległa bogini, której jego lud złożył kiedyś przysięgę, że nigdy nie będzie
jeździć na końskim grzbiecie. I przez niezliczone pokolenia dotrzymywał jej, nawet jeśli Pani
Stepów jakoś specjalnie nie okazywała mu swojej miłości. Była surowa, odległa i obojętna.
Ale teraz... Mogłaby się postarać choć o maleńki deszczyk. W końcu, do ciężkiej cholery,
wracali tu w jej imieniu.
Westchnął... Kłamstewko było pierwszym krokiem do szukania winnych. Najpierw winna
będzie Pani Stepów, a potem ci, których grzechy odwróciły jej łaskę od Verdanno. A potem
by odzyskać co swoje oraz pomścić zdradę i przeniewierstwo sprzed lat. Wracali, by utopić
Sahrendey we krwi i zapłacić Se-kohlandczykom za upokorzenia i klęski. Wracali, bo
dochowali się licznego i dumnego potomstwa, które nie chciało żyć na cudzej ziemi. Bo
piękno opowieści o własnym kraju skradło tym młodym sny i pchnęło ich na drogę, której
koniec wiedzie wprost między Białe Kopyta.
Det’mon. Przynieśli jego ciało na odwróconej pawęży. Twarz miał spokojną, jakby spał, a
w miejscu gardła szeroką ranę, zadaną najpewniej szablą. Pikowany kaftan zrudział już od
krwi. Zamknął mu powieki i kazał odesłać na wozy transportujące innych zabitych.
Tak się płaci za głupie, romantyczne marzenia.
Key’la, a teraz on... Zdumiał się, jak spokojnie to przyjął.
być Okiem Węża i ojcem jednocześnie.
więc jeszcze jedna śmierć nie może robić na nim wrażenia. Przyjął wieść o niej jak
informację o jeszcze jednej stracie poniesionej przez Pancernego Węża i odesłał w głąb
pamięci. Później przyjdzie czas na żałobę.
Rozejrzał się. Wozy zewnętrznej linii wyrównały szyk, rydwany śmigały wzdłuż nich nie
dalej niż sto jardów od karawany. Stracili już jedną trzecią załóg i co najgorsze, zaczynało im
brakować woźniców i łuczników. Niektóre Strugi wracały z załogami tak poranionymi, że nie
były już w stanie walczyć; mogli wymienić konie, wyrwać strzały z burt, ale nawet najlepsi
uzdrowiciele nie postawią w kilka chwil na nogi kogoś, kto dostał postrzał w brzuch. Już
dwieście pustych rydwanów ciągnęli za wozami. Byłby głupcem, gdyby posłał w nich na
zewnątrz ludzi, którzy przez co najmniej kilka miesięcy nie ćwiczyli jazdy, utrzymywania
szyku i komend.
Nieważne. Przebyli prawie połowę drogi do rzeki. Jak nie dziś, to jutro rano dotrą do
wody i zamienią się w prawdziwą twierdzę. Zatrzymają koczowników wystarczająco długo,
by dołączyła do nich reszta. Obóz Aw’lerr powinien już ruszać spod rampy, jak dołączą do
niego kolejne, to nie trzy i pół, ale dwadzieścia tysięcy rydwanów stanie do bitwy. A wtedy, z
łaską Laal czy bez niej, zmienią całą wyżynę w cmentarzysko Se-kohlandczyków.
Zabrzmiały rogi, meldując gotowość do wyruszenia.
Uśmiechnął się znużonym grymasem. Takie aroganckie myśli pasowały bardziej do
jakiegoś gorącogłowego młokosa, choć teraz, po trzech godzinach walki, nawet wśród nich
znalazłby pewnie niewielu takich, którzy wywrzeszczeliby je na trzeźwo. Prawda wyglądała
tak, że potrzebowali jazdy. Laskolnyk był im niezbędny – on i wszyscy ludzie, których zdołał
zebrać. Jeśli ich straceńczy marsz w głąb wyżyny ma mieć jakikolwiek sens, to kolejna
karawana oprócz rydwanów musi mieć także eskortę konnicy. I to był sens ich poświęcenia:
zatrzymać koczowników tak długo, by dać szansę Laskolnykowi na połączenie się z
jakimkolwiek innym obozem. Wtedy, i tylko wtedy, mogą jeszcze wygrać tę wojnę.