Oczywiście pod warunkiem – ta myśl drążyła jego serce od jakiegoś czasu – że Imperium

ich nie oszukało. To byłoby świetne posunięcie, pozbyć się znad granicy krnąbrnych

przybyszów, rzucić ich do walki z wrogą potęgą, ale tak, żeby samemu pozostać w cieniu. W

najlepszym razie obie siły wykrwawią się wzajemnie, a niebezpieczeństwo na Wschodzie

zostanie oddalone. Każdy koczownik zabity wozacką strzałą był pyłkiem ścielącym się u stóp

meekhańskiego sprytu.

And’ewers odetchnął głęboko i rozluźnił dłonie. Imperium mogło tak postąpić, ale Genno

Laskolnyk nie. Nie on...

Nawrót został ukończony, przed sobą mieli jakieś trzy i pół, cztery mile wędrówki, na

końcu której czekał ich szturm na obóz Sahrendey. Jeśli będzie trzeba go zaatakować po

zmierzchu, nie zawaha się, noc jest lepszą porą dla piechoty i pancernych wozów niż dla

konnicy.

I wtedy usłyszał szum. Dźwięk rósł, potężniał, aż przerodził się w gardłowy ryk

dziesiątek tysięcy ludzi wrzeszczących w niebo w dzikim, wyzywającym rytmie. Z tej

odległości nie mógł ich zrozumieć, ale przecież słyszał ten okrzyk już nie raz. Rytm był

prosty: raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa-trzy, a on bez problemu podłożył pod niego słowa.

Ag saye!!! Ag saye!!! Ag saye waraaaa!!!

Bitewny zaśpiew prowadzący koczowników do walki.

A potem spojrzał na ich obozowiska i poczuł, jak serce zamiera mu w piersi.

W obozie przeklętych przez bogów Sahrendey widać było wysuwające się spomiędzy

namiotów karne szeregi jazdy. Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia tysięcy? Może nawet więcej.

Jeszcze nie widział, gdzie stoi ich elita, Wilki, ale to nie miało znaczenia, bo w tej samej

chwili – daleko po lewej od Sahrendey – z obozowiska Kyh Danu Kreda zaczęły się wyłaniać

kolejne zastępy jeźdźców. Równe Skrzydła, dzielące się od razu na a’keery, jakby

koczownicy chcieli powiedzieć: „No dalej, policzcie nas sobie”. Piętnaście tysięcy? Jeśli tak,

to trwające kilka godzin starcia nie uszczupliły zbytnio ich sił. Lecz najbardziej przerażający

widok ukazał się po prawej stronie. Zza południowego wzniesienia, za siłami Danu Kredo,

pojawiła się fala złota. To słońce, chylące się już ku zachodowi, oświetlało wychodzącą na

przedpole armię.

Lśniące kolczugi, las długich lanc, wysokie hełmy. Błyskawice, oczywiście, koczownicy

musieli je mieć, ale żeby aż tyle...? Jego umysł odmawiał przyjęcia do wiadomości tego, o

czym dobitnie świadczyła wychodząca właśnie szerokim na pół mili frontem armia.

Odmawiał do chwili, gdy nad ostatnim szeregiem pojawiła się wielka, łopocząca chorągiew w

kolorze bliźniaczo podobnym do zachodzącego słońca. Jej środek szpecił czarny ptak z jedną

nogą.

Yawenyr. Yawenyr tu był. Być może od samego początku. To tłumaczyłoby zawziętość

wojowników Danu Kreda, spokój Sahrendey i niewzruszoną konsekwencję, z jaką spychano

ich w to miejsce. Ten stary sukinsyn miał konać setki mil na południe stąd, a w jakiś

niezrozumiały sposób znalazł się tutaj. Czekali na nich... Mieliśmy walczyć z jednym, potem

z dwoma plemionami, z dwudziestoma pięcioma, trzydziestoma tysiącami konnych. Siły

byłyby wyrównane. Ale teraz...? Jest ich dwa razy tyle i mają ile?, dwanaście?, piętnaście

tysięcy Jeźdźców Burzy? I z pewnością najpotężniejszych Źrebiarzy, których Ojciec Wojny

zawsze trzyma przy sobie. Czterech naszych czarowników z garścią uczniów będzie musiało

zmierzyć się z tuzinem albo i więcej szamanów.

Mimo wszystko te myśli były jak kawałki lodu pływające w topniejącej rzece. Unosiły się

leniwie, ledwo je zauważał, bo były niczym wobec kierunku, w jakim zmierzała całość.

Koczownicy wiedzieli o ich planach i czekali na nich. Nie tylko tych dwóch Synów Wojny,

ale cała reszta. Jeśli Yawenyr tu jest, to znaczy, że inni także.

No i trudno.

Trzeba ich zatrzymać jak najdłużej, żeby reszta mogła zejść z gór, i walczyć wspólnie, bo

tylko wszystkie obozy razem będą miały szansę.

Lekki rydwan zatrzymał się obok. Boutanu stanął przy nim, z obojętną miną spojrzał na

wrogą armię.

– Zaraz wszyscy będą wiedzieć – mruknął.

And’ewers uśmiechnął się. Za ich plecami już szła fala, wieść przekazywana przez

szybkie dłonie biegła od wozu do wozu. Anaho’la było czasem przekleństwem.

Ale w obozie trwała cisza. Nie było okrzyków strachu, jęków rozpaczy, ponurego

zawodzenia przerażonych ludzi.

Nigdy nie był z nich tak dumny.

– Łodyga gubi kwiat, który opada – zacytował stare powiedzenie.

– ... i umiera tam, gdzie dotknie ziemi – dokończył Emn’klewes. – Zróbmy to. Teraz, bo

za godzinę nam nie pozwolą.

– Obóz w twoje ręce, przyjacielu. – Kowal odwrócił się i uniósł prawą dłoń.

„Martwy Kwiat”.

* * *

– Strach ma siłę tysiąca włóczni, mój Synu. Odbiera oddech, osłabia dłonie i mąci umysł.

To najlepsza broń na polu bitwy.

Kyh Danu Kredo pokłonił się niżej. Słowa nie były tu potrzebne. W czasie, gdy on

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги