uwierzy czy nie, ale o to, żeby miał pretekst, by nie wysłać swoich hord na zachód. Jeśli nie

będziemy udawać, że Wozacy się zbuntowali, wodzowie koczowników nie będą mogli zrobić

nic poza wypowiedzeniem wojny Imperium, nawet gdyby wojny nie chcieli, bo stracą twarz i

poparcie wojowników. Właściwie to powinniśmy teraz stać tam na górze i własnymi

piersiami blokować Wozakom drogę. Żeby przynieść do Kehlorenu trochę ran i siniaków.

Jacyś ochotnicy...? No właśnie. To trzecia rzecz, z powodu której musimy wybrać inną trasę.

Będziemy mogli oświadczyć, że po przypadkowym odkryciu przejścia przez góry Verdanno

nas zaatakowali, musieliśmy wycofać się w dzikie rejony Olekadów i podążyć do doliny

Amersen nieznaną trasą. Zajmie nam to ładnych kilka dni, co pozwoli większości wozów

opuścić okolice zamku. Tak wygląda mój plan, jakieś uwagi?

– Znamy tę nieznaną trasę choć trochę? – Fenlo Nur patrzył nieruchomym, spokojnym

spojrzeniem.

– Nie, młodszy dziesiętniku. Nie bardziej niż drogę w tę stronę. Mamy mapę, na której

jest zaznaczone Awiroh, dolina Mansenn, za nią Burzowy Wierch i las Wendehab – recytował

z pamięci. – Potem kilka mil wzdłuż ściany Oweose i jesteśmy u źródeł Salawii. Rzeczka

doprowadzi nas do samej doliny Amersen. To trasa dla pieszego, w dwóch miejscach jest do

pokonania pionowa skała, psy trzeba będzie spuszczać w uprzężach na dół, ale jak już

mówiłem, nie musimy się spieszyć. Pójdziemy wolno, pozwiedzamy okolicę, będziemy

wcześnie zakładać obozy i późno je zwijać. Spacer. Uniósł dłoń na znak, że mówi ważne

rzeczy.

– Ale nawet wtedy musimy uważać. Nie wiemy, co się dzieje w górach, nie mamy

łączności z Czarnym ani z innymi oddziałami. And’ewers zapewnia mnie, że nikt nie

zaatakował wozów w żadnym miejscu szlaku, więc zabójcy raczej nie ośmielili się tego

zrobić...

Versen-hon-Lawons chrząknął, splunął w bok i brzęknął na cięciwie łuku.

– To dużo ludzi, panie poruczniku, mogły ich zniknąć dziesiątki, a w chaosie wędrówki

oni by się nie zorientowali.

– Nie. – Fenlo Nur pokręcił głową. – Nawet gdy siedzieliśmy w stajni, słyszeliśmy plotki.

Przez ostatni miesiąc zabijano ludzi tak, by ich znaleziono, by wzbudzić strach. Niewiele było

zwykłych zniknięć. Jeśli ktoś uderzyłby na nich – wskazał na pracujących na ostrodze

Wozaków – chciałby, żeby o tym wiedzieli. Zostawiłby ciała.

– To prawda, Fenlo. Najpewniej zostawiłby. Być może chodzi o liczebność i siłę,

Verdanno to prawdziwa armia, a ich czarownicy nie próżnują, wozy są strzeżone także magią.

A może zabójcy stracili zainteresowanie albo planują coś innego? Zawsze gdy w okolicy

Belenden jakaś banda przycichała, spodziewaliśmy się większych kłopotów. Gdy przycichało

kilka band, spodziewaliśmy się olbrzymich kłopotów.

Wszyscy pokiwali głowami.

– Czarny też nie należy do ludzi, którzy pozwalają się bezkarnie okładać po gębie.

Najpewniej sam coś kombinuje. W każdym razie dla nas najważniejsze jest to, że idziemy

przez wrogi teren. Będziemy zakładać obozy i strzec ich jak pod Kehlorenem, żadnego

rozluźnienia. Póki nie dotrzemy do zamku, mamy mieć oczy dookoła głowy.

Spojrzał każdemu w oczy, ale nawet Velergorf wyglądał na śmiertelnie poważnego. Ten

bezimienny żołnierz, którego ciało znaleźli, zapadł wszystkim w pamięć.

– I ostania rzecz. – Kenneth podrapał się po brodzie i uśmiechnął bez odrobiny radości. –

To ja rozmawiałem z Czarnym, to ja odebrałem mapy i rozkazy. Żaden z was. Pamiętajcie, że

przez całą drogę byliście tylko dziesiętnikami wykonującymi rozkazy dowódcy. I to macie

zeznać, gdyby ktoś chciał się was czepiać.

Andan wypluł przeżute źdźbło.

– Nie zrobią tego!

– Pewnie nie. Ale jeśli będzie trzeba, Imperium poświęci jednego porucznika, byleby

uniknąć wojny. Nie sądzę zresztą, żeby było tak źle, ale czasem człowiek włoży głowę

między kamienie, a młyn miele. Bywa.

* * *

Verdanno budowali rampę do zmierzchu, jednak nocą, bezksiężycową i pochmurną

zrobili przerwę. Kenneth nie musiał pytać dlaczego, rozpalenie ognisk, a nawet użycie

pochodni, żeby oświetlić sobie miejsce pracy, było jednoznaczne z oznajmieniem swojej

obecności wszystkim w promieniu trzydziestu mil. Na ciemnej ścianie Olekadów smuga

światła odznaczałaby się jak prześwietlona słońcem szpara w ścianie. Nikt nie zakładał, że

wyżyna będzie całkiem wyludniona, zatem na razie Verdanno musieli się maskować, bo

rampa urywała się stromą ścianą o wysokości kilkunastu stóp, co nie było żadną przeszkodą

dla ludzi, ale stanowiło barierę nie do przejścia dla koni. Kenneth widział już na górze

rydwany gotowe do walki, lecz na razie, gdy zapadł zmrok, budowniczowie zeszli na dół,

rozłożyli się wprost na ziemi i zasnęli, rozstawiając wokół pierścień wartowników.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги