Kenneth przyglądał im się, szykowali się do snu. Większość była cholernie młoda, nawet

jak na standardy półdzikich, barbarzyńskich plemion Wschodu. Wiedział, że to złudzenie,

doświadczeni woźnice, wojownicy, dowódcy rydwanów i piechoty zjadą na dół później, gdy

rampa zostanie ukończona; ci tutaj to w większości młodziki, zbyt nieopierzeni, żeby

powierzyć im zaprzęg, ale idealnie nadający się do ciężkiej roboty. Ale i tak młody wiek

większości z nich rzucał się w oczy i nie pozostawiał wątpliwości, że cała armia Verdanno

jest... niedojrzała. Kenneth zwrócił na to uwagę już w czasie wędrówki, gdy zdarzyło mu się

podpatrywać wozackich wojowników. Wiedział mniej więcej, jaka jest średnia wieku jego

kompanii, większość żołnierzy miała koło trzydziestki, a niektórzy, jak Velergorf czy Azger,

przekroczyli czterdziestkę. Psiakrew, wychodziło na to, że mieli wyjątkowo młodego

dowódcę, skrzywił się pod nosem. Praktycznie każdy z nich służył ładnych parę lat i miał za

sobą wiele walk i potyczek. A choć byli raczej młodzi, to i tak w porównaniu z Verdanno

Kenneth dowodził oddziałem weteranów. U Wozaków, jak zdążył zauważyć, na jednego

szpakowatego, pokrytego bliznami wojownika przypadało pięciu, sześciu młodzików,

większość miała na oko między piętnaście a dwadzieścia lat. Była widoczna wyraźna luka

wiekowa, jakby ktoś wyrwał całe pokolenie z tego narodu.

I to był ich największy problem. Jeśli w pierwszych starciach poniosą zbyt duże straty

wśród doświadczonych wojowników, to młodsi nie zdążą się niczego od nich nauczyć i

Wozacy zostaną z armią gówniarzy, może i spragnionych walki, bez wątpienia odważnych,

lecz niebędącą niczym więcej niż bandą żółtodziobów. W Górskiej Straży – podobnie jak w

całej imperialnej armii – obowiązywała niepisana zasada „dwa na jeden”, to znaczy, że

oddział, w którym na jednego młodzika nie przypadało przynajmniej dwóch doświadczonych

żołnierzy, uważano za niepełnowartościowy. Z punktu widzenia meekhańskich standardów

Verdanno nie dysponowali armią, tylko bandą rekrutów.

A mieli zmierzyć się z konnymi a’keerami jednego lub dwóch Synów Wojny,

ćwiczonymi bezustannie w międzyplemiennych potyczkach i rajdach wzdłuż granic

Imperium. A potem zamierzali umocnić się na Wyżynie Lytherańskiej i wytrzymać kontratak

samego Yawenyra lub jego następcy. Przechadzając się pomiędzy leżącymi na ziemi

sylwetkami, Kenneth przykucnął i zanurzył dłonie w trawie. Ta ziemia wkrótce spłynie krwią,

wozy będą płonąć, ludzie i konie ginąć od żelaza, ognia i czarów. Wozacy wydawali się

całkowicie akceptować nadchodzącą wojnę, szli walczyć o swoje miejsce na ziemi i nie mieli

żadnych wątpliwości co do słuszności własnych racji. Wygnańcy wracają, by zbrojnie

odebrać ojczystą ziemię. Piękny temat na wspaniałą epopeję.

Tylko że ci, którzy piszą epopeje, rzadko oglądają rozwalone głowy, odcięte kończyny i

ciała naszpikowane strzałami, rzadko wąchają smród rozprutych brzuchów i swąd palonego

mięsa. A to, co potrafi zrobić z ludzkim ciałem rzucony czar albo demon przywołany na pole

bitwy, też nie mieści im się w głowach. Gdyby było inaczej, nie pisaliby o chwale pól

bitewnych i bohaterstwie poległych. Dla zawodowych żołnierzy walka była obowiązkiem, i to

raczej przykrym, choć gdy już przychodził na nią czas, szli w bój jak drwale do lasu. Robotę

trzeba wykonać i tyle. Szukanie sławy i chwały zostawiali bohaterom epopei, tym

stworzonym przez ludzi, którzy krew widzieli, tylko gdy zacięli się przy goleniu.

Kenneth wstał i wytarł dłonie o spodnie. Zaczynam się roztkliwiać, pomyślał, a może

chodzi o to, że te dzieciaki idą do walki na śmierć i życie, a ja zamierzam sobie zrobić

wycieczkę po górach i wrócić do ciepłych koszar.

A najwięcej zyska na tym Imperium. Wystarczyło spojrzeć na mapę – jeśli Se-

kohlandczycy przestaną władać Wyżyną Lytherańską, stracą niemal siódmą część terytorium.

Na dodatek od północy będą graniczyć z silnym i bitnym narodem, który żywi do nich

niechęć. Od zachodu Meekhan, od północy Verdanno. Strategiczna przewaga koczowników,

polegająca na tym, że mogą uderzyć na Imperium, mając bezpieczne wszystkie granice,

legnie w gruzach. Jeśli przez Olekady przeszły karawany, może też przejść meekhańska

armia, która w połączeniu z siłami Wozaków zmusi Ojca Wojny do trzymania w północnych

rejonach jego państwa dużych oddziałów, co sprawi, że siły możliwe do użycia w ataku na

Imperium na Wschodzie zmniejszą się. A wtedy nie będzie mu pilno do następnej wielkiej

wojny.

I znowu – jego myśli zatoczyły koło i wróciły do tych śpiących wokół dzieciaków.

Kenneth zgrzytnął zębami, są rzeczy, na które nie ma rady, a jak człowiek za dużo o nich

myśli, to wpada w przygnębienie. Lepiej zostawić je takie, jakimi są. Szósta Kompania

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги