zrobiła wszystko, by Wozacy bezpiecznie przeszli przez góry, teraz ma wrócić do Kehlorenu,

a oni pójdą na spotkanie własnego losu. Ruszył do obozowiska kompanii. Trzeba odpocząć

przed dalszą drogą.

Świt następnego dnia wybuchł pracą i gorączkową krzątaniną na ostrodze. Budowniczy

nakazał pobudkę, ledwo wschodni widnokrąg zaczął się różowić, ale dzięki temu młoty,

topory i pity podjęły pracę, zanim jeszcze słońce wzniosło nad wyżyną swą zaczerwienioną

twarz. Widać też było, że po drugiej stronie skalnej szczeliny robota nie ustała na noc, bo

wyjeżdżał z niej teraz niekończący się ciąg wozów wypełniony przyciętymi już belkami i

deskami oraz kamieniami i ziemią. Zatrzymywały się na końcu rampy, zrzucały ładunek i

zawracały, ustępując miejsca następnym.

U podnóża ostrogi również trwała praca, setki łopat gryzły ziemię, ładowały ją do tysięcy

worków i przenosiły na koniec kamiennego pomostu. Usypywano wał, który miał przykryć

koniec zjazdu, jego boki wzmocniono setkami wbitych w ziemię pali. Ziemna rampa miała

już długość prawie pięćdziesięciu jardów i niecałe cztery godziny po południu zetknęła się

wreszcie z odcinkiem budowanym od szczytu. Ger’serens był już na miejscu, jakimś

drewnianym przyrządem z podziałką ocenił kąt, zadowolony pokiwał głową i uśmiechnął się.

Na dany znak położono na usypanej rampie setki desek, zastukały młotki i w kwadrans reszta

drogi została ukończona.

Kenneth cofnął się, żeby widzieć rezultat ich pracy. Rampa miała ponad pół mili długości

i biegła szczytem ostrogi. W wyższych partiach, gdzie była najwęższa, obudowano ją

dodatkowo wysoką na trzy stopy barierką, niżej, gdzie miała już szerokość trzech wozów,

zrezygnowano z takich zabezpieczeń. Verdanno ufali swoim woźnicom. Całość była

zdumiewająco prosta i łagodna, znikły szczerby i zęby szpecące grzbiet ostrogi, zasypano

nagłe obniżenie jej grzbietu w połowie długości. Odnosiło się wrażenie, że można by

postawić na koźle zjeżdżającego w dół wozu wypełniony po brzegi kielich, a nie wylałaby się

z niego ani kropla.

A jednocześnie – co dla oficera imperialnej armii było równie ważne – całość wydawała

się na swój sposób krucha. Wystarczyłoby kilka dzbanów z olejem i kaganek, a ogień,

podsycany wiejącym wzdłuż ściany Olekadów wiatrem, strawi wszystko w godzinę czy dwie.

Wróg nie będzie miał szansy, żeby wedrzeć się wtedy do Meekhanu. Zresztą nawet gdyby

zdobył rampę, to co? Szczeliny w skałach, jary, wąwozy, Orla Grań, szukanie drogi w

nieznanym terenie... I wszystko to z Górską Strażą na karku. Czarny i jego Bękarty mieliby

niezłą zabawę. Nie, ta droga była równie bezpieczna jak przedtem.

Wozy ruszyły w dół.

Jechały powoli, wyładowane nad miarę drewnem i zapasami, sam budowniczy, zgodnie z

tradycją, siedział na koźle pojazdu prowadzącego kolumnę. Rampa trzeszczała, deski uginały

się, woźnice z wyczuciem pracowali hamulcami, problemem przy takim zjeździe było to, by

wozy nie rozbiły się, pociągnięte w dół przez zbyt wielki ciężar. Konie nie miały właściwie

żadnej roboty, oprócz utrzymania pojazdów na szczycie lekko zakręcającej rampy. Całość

szła gładko.

Pierwszy wóz dotarł do końca, zwolnił i ostrożnie zjechał na trawę. Przez uderzenie serca

zapadła cisza, a potem wybuchł ryk. Stojący u podstawy konstrukcji Wozacy wznosili ręce w

górę, śmiali się, krzyczeli, płakali. To była chwila, na którą czekali od Krwawego Marszu,

ukoronowanie ich wysiłków, nadziei i marzeń. Po wielu latach pierwszy wóz wjechał na

Wyżynę Lytherańską. Kenneth przeniósł wzrok na górę, tam też małe sylwetki wykonywały

swój taniec radości, wydawało się, że jeśli człowiek się wysili, to usłyszy, jak ich krzyk

przeciska się przez szczelinę, wybucha radością w położonym po drugiej stronie obozie i

pędzi wzdłuż całej przebytej drogi, przeskakując z wozu do wozu, aż wreszcie eksploduje

rykiem, od którego zadrżą góry, u stóp Kehlorenu. W sumie ta wizja była dość

prawdopodobna, więc wychodziło na to, że Kawer Monel dowie się o powodzeniu misji na

długo, nim Kenneth złoży mu raport.

Porucznik rozejrzał się po swoich ludziach. Właściwie wszyscy szczerzyli się głupio, w

końcu udało im się zrobić coś, czym będą mogli chwalić się dzieciom i wnukom.

– Dobra robota – mruknął.

– Wiemy, panie poruczniku. – Velergorf potarł wytatuowany policzek, poprawił tkwiący

za pasem topór. – Kiedy wracamy?

– Myślę, Varhenn. Za trzy, cztery godziny będzie ciemno, nie uśmiecha mi się wędrówka

po nocy. Zostaniemy tu do świtu i rankiem ruszymy. Nie spieszy nam się.

– Rozkaz. Sądzi pan, że oni będą chcieli to jakoś uczcić?

– Marzy ci się popijawa? W połowie zadania?

– W tej lepszej połowie, panie poruczniku. Potem to już tylko zimno, wietrznie i

wilkowato.

Kenneth uśmiechnął się lekko.

– Wilków ci nie zapewnię, ale o jakąś beczkę wina mogę zapytać.

Nie musiał.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги