Na dół zjechała przeszło setka wozów, po czym budowniczy ruszył w górę rampy,
oznaczając miejsca, które mu się nie podobały. Konstrukcja miała być obciążana przez wiele
dni i nocy bez przerwy, nadszedł czas na ostatnie poprawki.
Z wozów, które dotarły na wyżynę, rozładowywano drewno, zwoje lin, owinięte szarym
płótnem pakunki. Wkrótce za pomocą sznurów i wbijanych w ziemię palików oznaczono
wokół rampy zarys olbrzymiego obozu, którego ściany miały mieć na pierwszy rzut oka
ponad pół mili długości. Kenneth pokiwał tylko głową. Wozacy trochę przypominali
Meekhańczyków, najpierw trzeba się okopać, a potem dopiero idziemy na wojnę. Z drugiej
strony jeśli chcieli w jakikolwiek sposób zapanować nad tysiącami pojazdów, które miały tu
zjechać, dobre planowanie było niezbędne.
Porucznik przyglądał się tej dość niefrasobliwej krzątaninie z pewnym zakłopotaniem, w
końcu nie wytrzymał i zapytał jednego z pomocników Ger’serensa, czy And’ewers jest tak
pewien swojej przewagi, że nie wyśle zwiadowców na wyżynę. Mężczyzna popatrzył lekko
zdziwiony, po czym zapytał, jak daleko, zdaniem oficera Imperium, można sięgnąć wzrokiem
ze szczytu rampy. Trzydzieści mil? Czterdzieści? Po co zwiad, jeśli ma się oczy? Poza tym
Se-kohlandczycy z pewnością są jeszcze daleko.
Strażników najbardziej interesowała zawartość ostatnich dwudziestu wozów.
Wyładowano z nich dziesiątki beczek i skrzynek wypełnionych jedzeniem. Peklowana
wołowina, owinięte w natłuszczone płótno połcie upieczonego mięsa, wędzony boczek, pęta
kiełbasy, tysiące pszennych i owsianych placków, masło, miód, suszone owoce, wielkie kotły
wypełnione aromatycznymi sosami... Verdanno zamierzali świętować.
Dziwne to było świętowanie, świętowanie wojenne, z ogniskami ledwo tlącymi się w
wykopanych w ziemi dołkach, z muzyką cicho pobrzękującą w tle i wozami ustawionymi w
kilka luźnych półokręgów, które miały chronić wszystkich przed wiatrem i wrogimi oczyma.
Bo nawet jeśli Wozacy sądzili, że udało im się zaskoczyć koczowników, nie zapominali, że są
na wojennej wyprawie i trzeba już mieć się na baczności. A jednak nie było w tym smutku
stypy, tylko z trudem tłumiona, dzika radość.
Budowniczy, dziwnie onieśmielony, osobiście zaprosił ich do wspólnego świętowania i
Kenneth spędził wieczór i połowę nocy, wędrując od ogniska do ogniska, napełniając żołądek
smakołykami i słuchając wozackich opowieści. Nie żeby cokolwiek rozumiał, język
Verdanno zdawał się składać na równi ze słów i gestów, ale tej nocy, gdy w brzuchu
przyjemnym ciężarem zalegała późna kolacja, a w głowie szumiało wino, nie przeszkadzało
mu to. Większość opowiadaczy snuła wyraźnie humorystyczne historie, bo wśród siedzących
wokół ognia Wozaków co i raz wybuchały salwy śmiechu, a on poddał się nastrojowi chwili,
który nakazywał zapomnieć o krwi i wojnie i cieszyć się spokojem, rozleniwieniem i dobrym
trunkiem. Szósta Kompania rozproszyła się wśród ognisk.
Znaczna część budowniczych wróciła za tunel, by świętować z rodzinami, więc ci, którzy
zostali, mieli dla siebie całe wino i jedzenie. I korzystali z tego bez umiaru, dzieląc się
szczodrze ze strażnikami. Kenneth obserwował swoich ludzi, siedzieli ramię w ramię z
Wozakami, jedli, pili, uśmiechali się w chwilach, gdy ich gospodarze wybuchali śmiechem,
żartowali. Dogadał się już z Ger’serensem, o świcie Wozacy mieli poprawić rampę, jego
kompania wykorzysta ten moment, by wejść na górę i przekroczyć szczelinę, bo potem wozy
pojadą nieprzerwanym strumieniem, dzień i noc. W zasadzie oznaczało to, że powinni już iść
spać, ale doświadczenie uczyło, że nie należy wydawać ludziom rozkazów niemożliwych do
wykonania. Po dniach spędzonych na przebijaniu się przez góry i nocach pod lekkimi
namiotami należała im się chwila wytchnienia. Zresztą, do ciężkiej cholery, zasłużyli sobie na
to, na ogniska, gorące żarcie, dobre wino.
Przeszedł jeszcze raz wokół, wydając krótkie rozkazy dziesiętnikom, dotyczące głównie
pilnowania, by żaden z żołnierzy nie przesadził z piciem, i rozstawienia wart, i koło północy
znalazł sobie miejsce na nocleg. Czarny miał rację, zasady jak ta, że dowódca ostatni idzie
spać, ładnie brzmią, ale kończą się tym, że przemęczony oficer bezsensownie posyła ludzi na
śmierć. No i trzeba okazać, że się ufa podwładnym.
Ściągnął hełm, odłożył tarczę, odpiął pas z mieczem, przez chwilę myślał też, czy nie
zdjąć kolczugi, ale stwierdził, że trzeba już przyzwyczajać się do niewygód. Od jutra znów
czeka nas przebijanie się przez góry i noce na ziemi, pomyślał, kładąc się na jednym z
opróżnionych wozów i owijając płaszczem.
* * *
Obudziło ją dotknięcie i omal nie krzyknęła, gdy zobaczyła tuż nad sobą jego twarz.
Oczy, jak dwie monety, niemal świeciły w ciemnościach, lecz było w nich coś jeszcze.
Niepokój.
Ana’we spała w wozie ojca, Nee’wa znów znikła na noc, więc Key’la miała cały wóz