sypialny dla siebie. Dzisiaj wszyscy świętowali, udało im się przebyć góry. Przysłowie
mówiło, że drogą, która uniesie na sobie jeden wóz, może przejechać ich tysiąc. A oni dbali,
by droga była jak najlepsza.
W całym obozie jedzono i pito, i wyglądało na to, że nikt nie będzie dziś spał. A jutro,
skoro świt, wozy zaczną zjeżdżać na dół, na wyżynę, do domu.
Kailean zawsze podśmiewała się, że Verdanno mówią o uczuciach z takim samym
zaangażowaniem, jak o zeszłorocznej pogodzie. Ale gdyby kuzynka miała okazję zobaczyć
ten obóz, wiedziałaby, że wszelka gadka jest zbędna.
Dom.
Jej też trudno było tak naprawdę ocenić wagę tego słowa, zrozumieć gorączkę w ruchach
i spojrzeniach, w gonitwie słów i gestów
zaciśniętych w pięści, sztucznej wesołości i demonstracyjnej beztrosce. Trudno, dopóki nie
zobaczyła wczoraj wilgotnych oczu Hasa i nie ujrzała, jak ojciec wybiera z kufra najlepszy
strój, którego nie zakładał od czasu śmierci mamy.
Dom.
Miejsce, które należy do człowieka, i do którego człowiek należy.
Tylko że w domu czekała na nich wojna z wrogiem, który niczego nie oddawał bez walki.
Więc nim niektórzy pokłonią się strażnikom Domu Snu, składali hołd życiu i drodze, która
ich tu przywiodła. Wszyscy jedli i pili, a ci, którzy mieli dość, wymykali się w noc parami i
ani matrony pilnujące dziewcząt, ani ich ojcowie i bracia nie próbowali temu przeszkadzać.
Ponoć Laal Szarowłosa był córką meekhańskiej Pani, a Baelta’Mathran miała w swoim
boskim orszaku wszystko to, co wiązało się z życiem.
Przynajmniej tak twierdzili jej kapłani.
Key’la też mogła świętować, a ojciec, odziany w swój najlepszy strój, pozwolił jej nawet
wypić duży kubek nierozcieńczonego wina. Co oczywiście sprawiło, że szybko zakręciło jej
się w głowie i postanowiła pójść spać. Wino musiało też wywołać jakieś przywidzenia, bo
zobaczyła w półmroku, jak Ana’we otwiera drzwi swojej części wozu i wpuszcza do środka
chłopaka o twarzy Kar’dena.
Zdecydowanie tej nocy w obozie triumfowało życie.
A teraz obudził ją on, jej tajemniczy gość, a w oczach miał niepokój. A potem usłyszała
okrzyk, po nim następny i nagle wszędzie pełno było biegających i hałasujących ludzi.
A nad to wszystko wybijał się jeden głos. Krótki, wysoki dźwięk rogu bojowego.
Wojna dotarła do nich, nim skończyła się noc.
Nagle zrozumiała, że jest sama, sióstr nie ma, ojciec pewnie objął przywództwo, bracia
właśnie zakładają pancerze i sięgają po broń.
Sięgnęła przez ciemność i objęła go.
– Proszę – szepnęła, czując, jak chude ciało pod jej dotknięciem kamienieje. – Proszę, po
prostu mnie przytul.
Chłopak nie wydał żadnego dźwięku, ale objął ją niezgrabnie i poklepał po plecach.
Rozdział 9
Jutro nadeszło szybciej, niż się spodziewał. Nadeszło z drżeniem gruntu i narastającym
grzmotem kopyt walących o ziemię. Nadeszło z brzękiem cięciw i świstem strzał oraz
przerażającym, budzącym grozę okrzykiem wojennym Se-kohlandczyków.
–
Podeszli ich cicho, od gór, stamtąd, gdzie wartowników było niewielu, a noże i garoty
otworzyły im drogę. Musieli prowadzić konie pieszo, trzymając je mocno za uzdy, by żaden
nie zarżał, wskoczyli na siodła tuż przed atakiem i runęli na śpiący obóz.
Kenneth poderwał się w chwili, gdy między zaskoczonymi, na wpół przytomnymi ludźmi
pojawiły się sylwetki na koniach. Jeźdźcy, którzy mieli lance, kłuli nimi wstających, a
łucznicy posyłali strzałę za strzałą, niemal wprost w leżących pod kopytami ich koni
Wozaków, pociski, wystrzelone z tak bliska, przeszywały ludzi na wylot i przyszpilały do
ziemi.
Zrywając się z posłania, złapał tylko tarczę, miecz, odłożony na bok, złośliwie wymknął
się spod palców, Kenneth przyklęknął, by go podnieść i w tej chwili jedna strzała świsnęła mu
nad głową, druga zaś prześlizgnęła się po kolczudze. Rękojeść miecza wreszcie przykleiła się
do dłoni, porucznik jednym ruchem strzepnął pochwę z ostrza i nagle z półmroku przed nim
wyłonił się galopujący jeździec. Lanca mierzyła wprost w brzuch porucznika, który zasłonił
się niezręcznie tarczą a siła uderzenia wyrzuciła go za burtę wozu.
Przez mgnienie oka leciał w powietrzu, jakimś cudem nie upuszczając ani tarczy, ani
miecza, a następnie walnął o ziemię z takim impetem, że aż stracił dech. Odruchowo
przetoczył się przez plecy, potrząsnął głową żeby przegonić ciemne plamy sprzed oczu. A
koczownik już najeżdżał na niego, pochylony w siodle, lanca uderzyła w dół, podstępnie, na
wysokości uda, Kenneth odbił grot mieczem, doskoczył do konnego i z całej siły pchnął
tarczą. Szpiczaste umbo wbiło się w nogę napastnika tuż nad brązowym nagolennikiem, w
miejscu, gdzie nie sięgała kolczuga, jeździec krzyknął, szarpnął wodze, usiłując cofnąć konia,
i puścił lancę, sięgając po szablę.