Kenneth nie dał mu szansy. Przykleił się do konia, pociągnął tarczę w dół, mocniej

rozrywając nogę przeciwnika, a krzyk rannego przeszedł w wycie. Strażnik pchnął mieczem

w górę, trafiając w brzuch, pozyqa była niewygodna, nie mógł włożyć pełnej siły w

uderzenie, więc kolczuga koczownika wytrzymała, ale cios wypchnął powietrze z jego piersi.

Mężczyzna zgiął się w pół, a kolejne uderzenie trafiło go w szyję, tuż pod zapinkę hełmu.

Gorąca krew trysnęła porucznikowi na twarz, wyszarpnął miecz i odskoczył, cofnął się kilka

kroków, szukając plecami wozu.

Dwóch konnych wyłoniło się z obu stron pojazdu i zwolniło. Ten z prawej miał lancę, ten

z lewej łuk i już unosił broń do strzału. Kenneth skulił się za tarczą, boleśnie świadomy, że

jest o wiele za mała, strzelec może spokojnie wybrać, gdzie go trafi, a jego towarzysz po

prostu dobije rannego. Brzęknęła cięciwa, głowa łucznika odskoczyła w tył z krótkim bełtem

tkwiącym pośrodku czoła, drugi koczownik spiął konia i w tej chwili trafiły go dwa pociski.

Stęknął, upuścił lancę i zwalił się z konia, a potem spróbował odpełznąć w bok.

Z ciemności wyskoczyły pochylone sylwetki, Kenneth rozpoznał swoją dziesiątkę, kilku

ludzi z Drugiej i Czwartej oraz na oko całą Piątą. Jeden z żołnierzy, przebiegając obok,

przyszpilił ruszającego się jeszcze koczownika do ziemi. Wokół trwała walka. Fenlo Nur

podbiegł do dowódcy z kuszą w ręku. W zębach, niczym knebel, trzymał gruby bełt.

– Czały jestesz... tfu – wypluł pocisk – cały pan jest?

– Tak, to nie moja krew.

– Dobrze.

Dziesiętnik oparł kuszę o ziemię, naciągnął, założył bełt. Wokół strażnicy utworzyli luźny

krąg. Porucznik rzucił okiem, było ich około trzydziestu, w tym połowa z kuszami, z

podoficerów miał tylko Nura.

– Wozy w koło – rzucił.

Krępy dziesiętnik skinął tylko głową. Znajdowali się po zewnętrznej stronie półokręgu

ustawionego z kilkunastu wozów, przez kilka chwil mieli spokój, większość napastników

szalała nieco dalej, choć sądząc po coraz głośniejszym brzęku stali i rżeniu koni, nie szło im

już tak łatwo.

– Bland, Malawe, Gawoh i wy dwaj, dwa wozy z lewej i zamykacie krąg. Maronles,

Szpak i wy – Kenneth wskazał kilku żołnierzy pozbawionych kusz – wozy z prawej. Fenlo,

bierz kuszników i osłaniacie ich. Na trzy. Raz, dwa...

Ruszyli biegiem, pochyleni, dopadli wozów, szarpnęli. Puste pojazdy potoczyły się lekko

i półokrąg zaczął się zamykać. W międzyczasie porucznik znalazł wóz, na którym spał. Pas z

pochwą i sztyletem powędrował na miejsce.

I w tym momencie błysnęło światło. Ktoś wrzucił naręcze chrustu w jedno z tlących się

leniwie ognisk, płomienie buchnęły na kilka stóp w górę, oświetlając obóz. Koczownicy

znajdowali się wszędzie, galopowali po zakrwawionej ziemi, kłuli uciekających w plecy,

ścinali szablami, rozwalali toporami głowy. Łuki pracowały rzadziej, w ciemnościach trudno

było mierzyć do niewyraźnych celów i chyba właśnie dlatego wpadli na pomysł, by oświetlić

sobie okolicę. Tym bardziej że w jednym miejscu Wozacy zbili się w potężną gromadę,

uzbrojeni w co który złapał, siekiery, łopaty, ciężkie młoty, drewniane drągi. Wianuszek

okrwawionych ciał koni i ludzi świadczył, że próba rozbicia tej kupy frontalnym atakiem nie

powiodła się, więc teraz błysnęło drugie i trzecie ognisko, a jeźdźcy sięgnęli po łuki i

świsnęły pierwsze strzały.

Verdanno zakłębili się i zaczęli cofać w stronę grupy wozów stojących bliżej rampy,

coraz szybciej, coraz bardziej bezładnie. Dzieliło ich od zbawczej osłony jakieś sto kroków i

jasne było, że zanim tam dotrą, koczownicy wystrzelają połowę z nich. A jeśli Wozacy rzucą

się do ucieczki, zostaną stratowani i wyrżnięci.

– Tam!

Kenneth wskazał Fenlo Nurowi oddaloną o jakieś pięćdziesiąt jardów grupkę konnych

łuczników. Podoficer skinął głową, rzucił kilka krótkich rozkazów, jego dziesiątka i tych

kilku pozostałych żołnierzy z kuszami wzięła koczowników na cel.

– Teraz! – warknięcie Nura przebiło się przez zgiełk bitwy i kilkanaście kusz szczęknęło

jak jedna.

We wskazanej grupie konnych było równo dziesięciu jeźdźców i nagle czterech zwaliło

się na ziemię, pięciu zakrzyczało różnymi głosami, zgięło się w siodłach, a ostatni zastygł z

otwartymi ustami i na wpół naciągniętym łukiem.

Fenlo Nur nie tracił czasu na podziwianie efektów swojej pracy, oparł kuszę o ziemię,

szarpnął cięciwę, pozornie bez wysiłku zaczepił ją o orzech, położył bełt w rowku. Kenneth

nigdy w życiu nie widział, by ktoś tak szybko napinał tę broń. Dziesiętnik przytulił łoże do

policzka i delikatnie nacisnął spust. Ostatni jeździec wciąż rozglądał się, gdy pocisk trafił go

w gardło.

Kenneth zrozumiał. Koczownicy ich nie widzieli. Wozy, które strażnicy ustawili w okrąg,

znajdowały się z boku, rozpalone ogniska ułatwiały napastnikom celowanie, ale sprawiały

też, że mrok poza kręgiem płomieni był dwa razy gęstszy.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги