– Strzelajcie dalej – rozkazał. – I wozy bliżej!

Wyskoczył na zewnątrz, w ciemność, gdzie leżały ciała trzech zabitych wcześniej

koczowników. O pierwsze prawie się przewrócił, odszukał po omacku twarz, przyklęknął

przy trupie, wcisnął ostrze sztyletu pod zapinkę stalowego, zwieńczonego kitą z końskiego

włosia hełmu, przeciął. Po chwili miał w ręku trzy hełmy i długą na dwanaście stóp lancę.

Wrócił do wozów, w biegu związując kity ze sobą.

Wozy tworzące krąg ustawiono ciaśniej, uzbrojeni w kusze żołnierze słali bełt za bełtem,

a Se-kohlandczycy już się zorientowali, skąd są ostrzeliwani, bo o burty zaczęły uderzać

strzały. Konni jeszcze nie ruszyli do ataku, strzelali trochę na ślepo, na dodatek porucznik

zauważył, jak jeden czy drugi ogląda się przez ramię w stronę rampy, widać nie byli pewni

własnych sił. Lecz Kenneth nie zamierzał pozwolić im długo się wahać. Wbił grot lancy w

węzeł trzymający razem hełmy, uniósł je w górę, wetknął drugi koniec w szczelinę w dnie

najbliższego wozu i potrząsnął.

Hełmy zabrzęczały metalicznym pogłosem, zalśniły w blasku ognia.

– No dobra, trzeba wskazać naszym chłopakom drogę! Szósta! Razem! Szósta!

Żołnierze podjęli okrzyk, waląc do rytmu płazami mieczy i trzonkami toporów o tarcze i

burty wozów. Nad zakrwawionym pobojowiskiem poniósł się ryk:

– Szósta! Szósta! Szósta!

Atakujący Wozaków koczownicy odwracali głowy w stronę kręgu wozów, zaczepiali

wzrok o powiązane, chwiejące się w powietrzu hełmy i zawracali konie. Trudno o

wymowniejsze wyzwanie. Tym bardziej że zza barykady raz po raz wylatywały bełty.

Pierwsza grupa nacierających oderwała się od Verdanno i, formując w pełnym galopie luźny

szyk, runęła w stronę Straży.

– Czekać!

Nie musiał wydawać tego rozkazu, bo Nur, który objął dowodzenie nad kusznikami, znał

się na robocie. Ustawił ich w dwuszeregu, po ośmiu strzelców, i czekał razem z nimi.

A Kenneth widząc, jak Se-kohlandczycy rozpuszczają konie, zrozumiał nagle, co próbują

zrobić. Chcieli przeskoczyć górą, nad burtami, i istniało zagrożenie, że im się uda. Pojazdy

użyte jako barykada nie były wozami bojowymi, ich burty ledwo sięgały żołnierzom do

piersi. Rozpędzony koń mógł przesadzić taką przeszkodę jednym susem.

– Pierwszy, teraz! – Salwa uderzyła w atakujących, dwa konie zaryły chrapami w ziemię,

kilka zarżało i wyłamało się z szyku. – Czekać!

Fenlo Nur miał głos jak buhaj w rui i znał się na strzelaniu z kuszy. Pierwszy szereg

strzelców cofnął się i zaczął ładować broń, drugi złożył się do strzału.

– Czekać!

Galopowało na nich jakichś trzydziestu jeźdźców, pochyleni nad końskimi karkami i

skryci za tarczami, byli cholernie małym celem. Zwłaszcza w ciemnościach rozświetlonych

tylko kilkoma ogniskami. Ale kusznicy nie mierzyli w ludzi.

– Czekaaać!

Trzydzieści jardów, luźny szyk atakujących rozpadł się jeszcze bardziej, konie przeszły w

cwał.

– Teraz!!!

Osiem kusz szczęknęło jedna za drugą, pięć koni zwaliło się na ziemię, Kenneth widział,

jak co najmniej trzy z nich bełty trafiają prosto w głowy, gruchoczą czaszki i zabijają na

miejscu. Bo wyszkolony do walki, ogarnięty bojowym szałem rumak nie złamie szyku

trafiony nawet kilka razy w pierś i będzie cwałował naprzód jeszcze przez co najmniej sto

jardów, nawet jeśli krew zacznie wypełniać mu płuca. Ale zabity na miejscu...

Zakotłowało się, jeźdźcy wylecieli z siodeł, trafione konie zaryły w ziemi, wierzgając na

wszystkie strony kopytami, raniąc i okaleczając inne zwierzęta. Koczownicy, którzy nie

zdążyli wyhamować, wpadli na ten młyn i przed wozami wyrósł kłąb ludzkich i końskich ciał.

Reszta atakujących odbiła na prawo i lewo, jak woda opływająca skałę.

– Za mną!

Kenneth przeskoczył wóz i wpadł między leżących. Uderzeniem tarczy przewrócił

próbującego wstać Se-kohlandczyka, poprawił szerokim ciosem zza głowy, miecz ześlizgnął

się po hełmie i rozwalił obojczyk. Tym razem kolczuga nie pomogła, klinga niemal odcięła

wojownikowi ramię, porucznik kopniakiem uwolnił miecz i rozejrzał się.

Szósta właśnie kończyła robotę, tych kilku jeźdźców, którzy nie zginęli w czasie upadku,

wyrżnięto w mgnieniu oka.

A wokół nagle zaświstały strzały.

– Zbierać lance i do wozów!

Wrócili za osłonę, unosząc kilka zdobycznych lanc. Mogły się przydać, brakowało im

długiej broni do walki z konnicą.

Pociski uderzały o burty coraz gęściej, lecz nadal niezbyt celnie, w ciemności ludzkie

sylwetki skryte za deskami były ledwo widoczne. W przeciwieństwie do jeźdźców, którzy w

świetle ognisk wyraźnie odcinali się na tle rozgwieżdżonego nieba. Kusze podjęły pracę.

Po kilku salwach wśród Se-kohlandczyków zabrzmiały gwizdki. Konni zaczęli się

przeformowywać.

Kenneth rzucił okiem w stronę Verdanno i zamrugał, zbita masa pieszych ledwo dotarła

do wozów u podnóża rampy. A wydawało mu się, że ich potyczka trwała dobry kwadrans.

Перейти на страницу:

Поиск

Книга жанров

Похожие книги