– Idą – głos Fenlo był spokojny, napiętą kuszę trzymał opuszczoną. – Teraz uderzą w
dwóch miejscach.
Malawe zatknął koniec zdobycznej lancy w ziemię, napluł w dłonie.
– Uparli się, czy co?
– Nasz porucznik ma talent do wkurzania ludzi. – Dziesiętnik spojrzał wymownie na
pobrzękujące w powietrzu hełmy.
– A nie, to to wiemy nie od dzisiaj. – Strażnik błysnął w ciemnościach zębami, potrząsnął
lancą. – Dzięki temu się nie nudzimy.
Koczownicy zachodzili ich z dwu stron w grupach po trzydziestu. Kenneth rozejrzał się
po pobojowisku, nie było tam już właściwie napastników. Czyżby Wozaków zaatakował
tylko mały podjazd, mniej niż sto koni? Dlaczego więc nie uciekają, mając pod bokiem całą
armię Verdanno?
– Chcą nas. – Fenlo zdawał się czytać mu w myślach. – Chcą cesarskich żołnierzy, na
dowód, że Imperium maczało palce w przejściu Wozaków przez góry. Spróbują wziąć kogoś
żywcem, taki jeniec będzie na wagę złota.
Łoskot kopyt zagrzmiał nagle z prawej i lewej, Se-kohlandczycy runęli na barykadę.
Kenneth zrozumiał, że nie zatrzymają ich niskie wozy ani garść lanc, które mieli jego
żołnierze.
– Gotuj się! Salwa i pod burty! Wpuszczamy ich!
Kusznicy dopadli pojazdów, pospieszna salwa załomotała o tarcze, zamlaskała mokrymi
uderzeniami o końskie piersi i łby, po czym żołnierze przykucnęli przy burtach, chroniąc
głowy. Kenneth też. Nagle nad wozem, do którego się przytulił, przeskoczył koń, ciemny
kształt na tle nieba zdawał się frunąć w nieskończoność, wyciągnięty w skoku z przednimi
nogami ugiętymi tak, że dotykały piersi.
Konni przeskakiwali wozy tylko z jednej strony, atak na drugą był zmyłką, która miała
rozproszyć obrońców, i od razu, wpadając do środka, ruszali do ataku z nisko pochylonymi
lancami. Na oczach Kennetha jeden ze zrywających się na nogi strażników, nim zdołał się
odwrócić, został przyszpilony do burty, inny uniknął pchnięcia lancą, ale wyszkolony koń
najechał na niego, obalił i stratował. Zgromadzeni pod wozami po przeciwnej stronie
obronnego kręgu żołnierze w kilka uderzeń serca znaleźli się w poważnych kłopotach.
– Ataaaak!!! – wrzasnął, zrywając się na nogi.
Obok Fenlo Nur, który jakimś cudem zdołał w międzyczasie napiąć cięciwę, posłał bełt w
plecy najbliższego jeźdźca, odrzucił kuszę i wyciągając kordy, runął na koczowników.
Kenneth złapał zdobyczną lancę, doskoczył do pierwszego Se-kohlandczyka. Ten obejrzał się
przez ramię, spróbował przerzucić drzewce nad końską głową, ale nie zdążył. Wąski grot
trafił go w bok, na wysokości nerki, bez trudu przebił kolczugę i zagłębił się w ciało. Jeździec
krzyknął krótko, strasznym głosem, Kenneth naparł mocniej, wepchnął ostrze jeszcze na kilka
cali. Puścił lancę, wyszarpnął miecz i skoczył do następnego napastnika.
To była brudna walka. Brutalna i bezlitosna. W ciemnościach, z ostrzami szabel i toporów
walącymi z góry, z lancami kłującymi na odległość. Na dodatek pierwszy atak rozproszył
strażników, walczyli teraz bez żadnego szyku ani taktyki. Jeden na jednego, czasem jeden na
dwóch. Cios mógł nadejść z każdej strony, niewidoczny; w chwili, gdy powalałeś jednego
wroga, drugi wbijał ci ostrze w plecy.
Kenneth wpadł między dwa konie, chlasnął po odsłoniętej nodze najbliższego jeźdźca,
przy okazji rozrąbując bok zwierzęcia, przyjął na uniesioną tarczę cios toporem
wyprowadzony przez drugiego z wojowników i skontrował krótkim sztychem pod pachę.
Płytko, ale koczownik i tak wrzasnął i puścił broń. W tym momencie ktoś uczepił się Se-
kohlandczyka z drugiej strony i ściągnął go z siodła. Porucznik odwrócił się, jeździec
zranionego konia opanował właśnie wierzchowca i najeżdżał na niego, zwierzę błyskało
szalonymi oczyma i kłapało zębami.
Oficer też wyszczerzył się w dzikim grymasie. Cholerni koniarze, jak tylko znajdą się w
siodłach, mają się za panów świata. Cofnął się pół kroku, unikając ugryzienia. Wydaje im się,
że zasrana piechota jest tylko do sprawdzania ostrości broni. A on musi się tu bawić z tym
chędożonym bękartem, kiedy jego ludzie walczą rozproszeni po całym obozie i giną,
pozbawieni dowódcy.
Jeździec pochylił się i spróbował szybkiego sztychu szablą, głupio, bo miał za krótką
broń, ale to była zmyłka, bo gdy tylko Kenneth sparował cios, koń wyrzucił szyję naprzód i
zatrzasnął zębiska tuż przed jego twarzą. Cal dalej, a porucznik straciłby nos i policzek.
I w tym momencie coś w nim wybuchło. Odskoczył o dwa kroki, wziął szeroki zamach
tarczą i z całej siły, z wściekłością, jakiej starał się do tej pory nie poddawać, walnął w koński
łeb krawędzią okucia. Zaraz poprawił na odlew, aż głowa wierzchowca odskoczyła, a zwierzę
wydało z siebie coś między rżeniem a kwikiem. Urwał je trzeci cios, po którym oczy konia
zamgliły się, nogi rozjechały i zwierzę zwaliło się na ziemię.