Porucznik skoczył, dobił podnoszącego się jeźdźca i runął między inne konie, do swoich
żołnierzy.
Pierwszy był Malawe, przyparty do wozu osłaniał się rozpaczliwie przed atakami dwóch
Se-kohlandczyków. Szable błyskały w górze i opadały, dzwoniąc po kordach, unoszonych z
coraz większym wysiłkiem. Koczownicy uderzali na zmianę, bez przerwy, jeszcze kilka
ciosów, a strażnik spóźni się z obroną. Kenneth dopadł pierwszego konia, nie patrząc na
jeźdźca, uderzył nisko, niemal odrąbując prawą przednią nogę wierzchowca, który zarżał
głosem przechodzącym w rozpaczliwy kwik i szarpnął się w tył. W tej samej chwili szerokie
uderzenie od dołu rozpłatało mu gardło.
Porucznik zignorował upadające zwierzę, ruszył do drugiego napastnika, ten uniósł się w
siodle, szabla zadzwoniła o tarczę Kennetha, lecz wtedy miecz strażnika do połowy ostrza
pogrążył się w końskim boku. Wierzchowiec zacharczał, czarna krew trysnęła mu chrapami i
pyskiem, i zwalił się na bok, przygniatając konnego. Dwa szybkie ciosy i było po wszystkim.
– Za mną!
Malawe odetchnął głęboko, raz, drugi, a potem skinął głową. Dopadli następnego konia
we dwóch, pchnięcie w bok zwierzęcia i drugie w szyję jeźdźca, który zdążył wyrwać nogi ze
strzemion, ale nie zdążył już zasłonić się tarczą. Kenneth obiegł konające zwierzę i
zaatakował następnego koczownika, który właśnie, pochylony w siodle, dźgał szablą jakiś
kształt przed kopytami wierzchowca. Porucznik złapał wojownika za rękę, ściągnął z siodła i
krótkim, oszczędnym ruchem poderżnął gardło. W tym samym czasie Malawe walnął konia
płazem w zad, odpędzając na bok.
Porucznik pochylił się nad leżącym. Patyk osłaniał tarczą siebie i jeszcze jednego
żołnierza. Gdy uniósł głowę, w oczach miał pustkę.
– Próbowałem go ochronić, ale tamten był szybszy... próbowałem...
Patyk używał dużej, piechociarskiej tarczy, pod którą, jak żartował sobie Velergorf,
mogła znaleźć schronienie cała dziesiątka. Ale tym razem tarcza okazała się za mała. Na
ziemi leżał jeden z piątej kompanii, twarz trafiona kopytem nie przypominała ludzkiego
oblicza. Kenneth nie potrafił go rozpoznać, nie teraz.
– Gdzie twoja broń?
Patyk zamrugał, wstał, podniósł z ziemi topór.
– Idziemy.
Koczownicy jeszcze nie zauważyli, że coś się dzieje, jeszcze zajęci byli krótkimi
starciami w rozproszeniu, podczas których pozycja na końskim grzbiecie dawała
zdecydowaną przewagę. Ale też nie szło im tak łatwo, jak się spodziewali, starcia się
przedłużały, Górska Straż to nie banda chłopów zgarnięta z pola. Żołnierze walczyli zażarcie,
kilka koni biegało już luzem, paru jeźdźców wycofało się z walki. Mimo wszystko przewaga
była po stronie Se-kohlandczyków.
Kenneth, Malawe i Patyk skoczyli ku największej gromadzie, gdzie kilku strażników,
ustawionych plecami do wozów, atakowała grupa około dziesięciu koczowników. Walka się
przeciągała. Być może chodziło o to, że rzeczywiście starali się wziąć ich żywcem, trup,
nawet noszący płaszcz Straży, nie byłby żadnym dowodem. Szable, lance i topory uderzały i
kłuły raz po raz, ale piesi bronili się z ponurą determinacją, w milczeniu, szczęk żelaza i
ciężkie dyszenie były jedynymi odgłosami unoszącymi się nad walczącymi.
Kenneth w biegu podniósł z ziemi se-kohlandzki topór, kawaleryjską broń z lekkim
żeleźcem zamocowanym na długim stylisku, zakręcił i rzucił. Najbliższy jeździec wrzasnął,
gdy ostrze trafiło go w plecy tuż powyżej tylnego łęku, ściągnął odruchowo wodze, aż koń
przysiadł na zadnich nogach, i przetoczył się przez plecy na ziemię. Jego wierzchowiec
szarpnął się w tył, w linii koczowników powstała luka.
Wpadli w nią we trzech.
– Patyk, tarcza!
Tarcza znalazła się nad ich głową, przyjęła kilka potężnych ciosów, ale było za ciasno, by
koczownicy mogli ich dosięgnąć. Nagle oba konie zarżały, zakwiczały dziko, jeden zwalił się
na pysk, drugi stanął dęba, załomotał kopytami po grzbiecie sąsiedniego wierzchowca.
Wszczęło się zamieszanie, które w chwili, gdy jeszcze jeden koń, trafiony w pysk mieczem,
wypadł z szeregu, przerodziło się w panikę. Jeźdźcy łamali szyk i zawracali, próbując się
oderwać od pieszych. Najstarszy manewr jazdy.
Tylko że cholernie trudny do wykonania w kręgu wozów o średnicy jakichś trzydziestu
jardów, gdzie wszędzie leżą trupy ludzi i koni, a zwierzęta mają za mało miejsca, by nabrać
prędkości. O skoku przez wozy nie było nawet mowy.
Kenneth zresztą nie zamierzał im na to pozwolić.
– Za mną!
Poszli Malawe, Patyk i ci, którzy jeszcze przed chwilą byli przyciśnięci do wozów. Tym
razem sytuacja odwróciła się, to jeźdźcy zostali przyparci do burt, a piechota ich atakowała. I
to z bezwzględną skutecznością. Szpak i Dewres, uzbrojeni w ciężkie, dwuręczne topory,
doskoczyli do koni i w przyklęku zadali potężne, poziome cięcia na wysokości pęcin. Kwik