— Ten twój Monszebe! — podniósł głos Hieronim. Możesz sobie pogratulować, jakikolwiek cel masz w tej intrydze. Omalże poprosił o jej rękę…

Spotkanie wyglądało na przypadek, acz z gatunku przypadków możliwych do zaplanowania: pan Berbelek szedł do wiktyki czekającej już na frontowym podjeździe pałacu, był umówiony z Aneisem Panatakisem w Kanopis, gdzie mieli odwiedzić kristjański szpital dla pażubowców; ledwo wszakże wyszedł na schody — z cienia, zza zakrętu wyłonił się Dawid Monszebe. Uprzejme powitanie, wymiana banałów, pan Berbelek się spieszył, lecz ares konsekwentnie narzucał formę leniwej pogawędki i tak, od zdania do zdania, od wspomnienia do wspomnienia — Dawid palący tytońca, Hieronim postukujący ryktą o krawędzie kamiennych stopni — dotarli do tematów niebanalnych i rozmowy jak najbardziej serio. — Od pierwszej chwili, gdy ujrzałem twoją córkę, esthlos, owego wieczoru na przyjęciu esthle Lotty, gdy tylko ucałowałem dłoń Alitei… — Próbujesz mi powiedzieć, że się zakochałeś? — Pan Berbelek bardzo się pilnował, by się nie roześmiać. Ares zmrużył oczy, obrócił się plecami do Słońca. — Tak, chyba tak. — A mówisz mi to, ponieważ…? — Ona darzy cię wielkim respektem, esthlos. — Doprawdy? — Ja również. I nie chciałbym… Z całym szacunkiem, esthlos. — Pan Berbelek uścisnął mocno podaną rękę, nachylając się spod czarnego kaptura nad młodym Monszebem (dziwne: z przyjęcia Laetitii zapamiętał go wyższym). Dawid uśmiechnął się niepewnie. W takiej właśnie Formie się rozstali — niepewność, nieśmiałość owego uśmiechu aegipskiego aristokraty, to drgnięcie warg, gdy unosił wzrok na pana Berbeleka, oto była pieczęć jego hołdu, znak pokory. Jeszcze nie wypowiedział stosownych słów, lecz już Prosił.

— Dlaczego ty mnie zawsze podejrzewasz o jakieś intrygi? I to jeszcze przeciwko tobie. Jakbym chciała wyrządzić Alitei krzywdę! Dawid jest jedną z najlepszych partii w Aegipcie. Nawet jeśli istotnie ożeni się potem z którąś córką Hypatii, Alitea pozostanie Pierwszą Żoną.

Pan Berbelek wszedł do sypialni, klaszcząc mokrymi stopami o gładką powierzchnię mozaiki. Nocny wiatr poruszał białymi firanami w chimeroysowych oknach, blask Księżyca przebijał się przez cienki materiał rozproszonymi snopami; poza tym całe światło w wielkim pokoju pochodziło ze stojącej u wezgłowia łoża lampy. Szulima leżała na zwiniętych jedwabiach, księżycowy cień układał się na jej pośladkach i wzdłuż pleców, jedwab najlżejszy. Rozstawione w kątach sypialni zabytkowe kadzielnice nasączały powietrze ciężkim, tłustym zapachem palonej kory hyexu, niewidoczny dym wsnuwał się przez nos do mózgu — wszystko zdawało się bardziej miękkie, bardziej powolne, bardziej dotykalne, nawet te promienie księżycowe, dreszcz przebiegał, gdy padały na nagą skórę.

Pan Berbelek przeszedł wzdłuż okien, odsuwając firany i zaciągając do podłogi siatki feidiczne; już i tak tłukło się wokół lampy tuzin ciem i bezimiennych robaków nocy. Za oknami znajdował się wąski balkon, z którego z kolei można było zejść do ogrodów pałacowych. Okna jak drzwi, żadnych okiennic i szyb, otwarte schody na zewnątrz — wszystkie instynkty pana Berbeleka krzyczały przeciwko podobnej architekturze, zwłaszcza po latach spędzonych w Vodenburgu. Taki jednak był anthos Nabuchodonozora, takie obyczaje i estetyki przyciągał, i tylko ten, kto mu się uparcie nie poddawał, uważał je za nienaturalne.

— Co to jest? Znowu jakieś starożytne traktaty pokojowe? Po co ty czytasz te rzeczy?

— Nie, nie, to kopia raportu dowódcy legionu, który zagubił się podczas południowej ofensywy Upazuiosa. Pięćset dziewięćdziesiąty ósmy rok od wstąpienia na tron króla Babilonu Nabunasira — to już Era Alexandryjska, prawda?

— Tak, chyba tak.

— Biblioteka twierdzi, że autentyk. Okazuje się, że oni wtedy szli przez ziemie Marabratty, popatrz, tu na przykład —

Pan Berbelek z ciężkim westchnieniem wyciągnął się na łożu.

— Już mi dzisiaj daruj, mam dosyć. Spojrzała nań ponad zwojem.

— Co, byłeś u tego Antidektesa?

— Próbował mnie poszczuć na swoich wrogów. Zresztą, gdyby miał rację w swych teoriach, owa eksperymentalna huta, w którą włożyłem kilka tysięcy, musiałaby się okazać całkowitą klęską. Może się jeszcze nią okaże… Jutro przyjmie mnie Dyrektor Biblioteki; pojutrze jadę do Pachoras, żyją tam jeszcze ludzie, którzy prowadzili karawany kupieckie szlakami za Żółwią. Co prawda, kiedy znowu pomyślę o tych cuchnących lepiankach fellachów, z nilowej cegły i trzciny…

— Dałbyś sobie wreszcie spokój. Sofistesi od lat łamią sobie nad tym głowy. Co chcesz zrobić, szantażem wycisnąć z nich, czego sami nie wiedzą?

Pan Berbelek wsunął dłoń w jej włosy, rozprostował między palcami jasne loki.

— Umiera mi syn, a ja mam — co? wrócić do robienia interesów? do przyjęć i orgii w słonecznej Alexandrii? zapomnieć?

Prychnęła zirytowana.

Перейти на страницу:

Похожие книги