Ledwo skręcili w lewo, na wschód, wyświetliła się ponad grzbietem góry poszarpana linia brzasku. Pastereczka wskazała kijem przed siebie, na wzgórza nad Amnisos i sam port poniżej, na północy. Nie znał jej imienia, nie przedstawiła mu się; schowawszy monetę, tylko uśmiechnęła się była milcząco. Od chwili opuszczenia Knossos nie zamienili ani słowa. Szła powoli, za co był jej wdzięczny: mimo wszytego w dno plecaka płaskiego kamienia oroneigesowego, ciężar bagażu wyciskał z pana Berbeleka pot i skracał oddech. Tylko tyle, ile sam uniesie, powiedziała mu Szulima. A bądź gotów nie na tygodnie, lecz miesiące; to nie jest wyjazd do wiejskiej posiadłości aristokracji ani nawet nie dżurdża. Opuścisz ziemską sferę, świat czterech żywiołów i praw ludzkich.
Gdy stanęli na terasie wzgórza nad Amnisos, Słońce wisiało już na niebie palec nad horyzontem. Ziemia powoli się ogrzewała, z niższych łąk podnosiła się biała mgła, rozpraszana przez poranny wiatr.
— Plac Ołtarzy — odezwała się przewodniczka, zataczając kijem w powietrzu okrąg. Obróciła się ku płytkiemu wąwozowi i wskazała grupę starych figowców. — Eileithyia. — I na północ. — Amnisos, Dia.
Pan Berbelek skinął jej głową. Z westchnieniem ulgi zrzucił plecak z ramion.
Skłoniwszy się jeszcze grzecznie, pastereczka ruszyła szybkim krokiem, pół biegnąc, w dół i ku wybrzeżu. Zniknęła Hieronimowi z oczu za którymś ze wzniesień.
Według słów Szulimy księżycowy przemytnik winien był przybyć o świcie. Zapewne obserwował łąkę z ukrycia, czekając, aż pan Berbelek pozostanie sam. Hieronim przeszedł powoli wzdłuż zbocza i wąwozu. Pozostało tu może tuzin wielkich prostopadłościennych głazów — to były te starożytne ołtarze. Po Wygnaniu Illei zakazano wszelkich kultów pokrewnych jej morfie, zwłaszcza na ziemiach jej anthosu, wszakże w przypadku religii podobne zakazy bywają często przeciwskuteczne. Głazów nie zarosły chwasty, nie pokrył mech; na powierzchni niektórych z nich pan Berbelek dojrzał ślady wosku, spalenizny, ciemne plamy (zaschniętej krwi?), wydrapane rysunki. Z daleka widać było bycze rogi. Po tylu wiekach niezbyt rygorystycznie egzekwowano zakazy. Nikt się na przykład nie zdziwił w mieście, gdy cudzoziemiec pytał głośno o przewodnika do Groty.
Z Placu Ołtarzy i sprzed wąwozu otwierała się niczym nie przesłonięta panorama Amnisos i ciemnego, wzburzonego morza aż po północny widnokrąg; karożaglowa łódź rybacka mijała właśnie skalistą wysepkę Dię. Pan Berbelek obrócił się plecami do morza i zszedł w gąszcz figowców. Wejście do Groty Eileithyckiej ukryte było za najstarszymi drzewami. Trudno mówić o wydeptanej ścieżce — niemniej nie było zarośnięte. Nachylił się do wnętrza groty, czy nie zobaczy tam światła, czy coś nie błyśnie w ciemności. Grunt schodził tu w dół niezbyt stromo, sklepienie, acz niewysokie, pozwalało swobodnie się wyprostować. Po bliskim przewężeniu przedsionka jaskinia otwierała się w długą, szeroką na ponad dwadzieścia pusów komorę, co pan Berbelek ujrzał, kiedy tylko minął owo przewężenie, zostawiając za sobą blask zimowego dnia — gdyż Eileithyia w istocie pulsowała miękkim, czerwonym światłem, dostrzegalnym już od wejścia. Ktoś rozpalił ognisko w głębi groty.
Potykając się na zalanych oleistymi cieniami nierównościach, na żwirze i skalnych ułamkach, pan Berbelek szedł ku światłu, mijając stalagmity, stalaktyty i potężne, szerokie stalagnaty, rzeźbione lub w naturalny sposób uformowane w fantastyczne kształty, kamienne sny o ludziach, zwierzętach, daimonach. Nawet w tym słabym, migotliwym świetle widział niezliczone malunki i ryty pokrywające powierzchnie okopconych ścian. Poniewierały się tam szmaty, przegniłe drewno, ogarki świec, chyba nawet kości, potknął się i na nich.
Starzec klęczał przy małym ognisku, zwrócony bokiem do wejścia. Musiał usłyszeć nadchodzącego pana Berbeleka nie obejrzał się nań jednak. Na szerokie bary narzuconą miał grubą kurtę z niewyprawionej skóry biedźwiedzia. W lewej dłoni obracał powoli gliniany kubek. Obok leżał worek z juty.
Pan Berbelek przykucnął za ogniskiem. Białe, krzaczaste brwi, grube rysy, blada skóra — starzec nie pochodził z tych stron, raczej z północy Europy, z aury Thora. Szyję i brodę pokrywał mu skomplikowany morfunek, błyskający przez pomarszczoną skórę stalą i zwierzęcą kością.
— Błogosławieństwa od Pani Błogosławieństw, Potnii Atany, meter o stu imionach — rzekł pan Berbelek w he koine dialektos.
Starzec uniósł kubek.
— Pod ziemią mówisz do Eleuthii — zachrypiał.
— Mówię do ciebie, epistates.
— Pod ziemią Eleuthia słucha.
Pan Berbelek zrozumiał, że stary odurzył się hasziszowym dymem lub jakimś narkotycznym napojem; pijany bowiem nie był. Hieronim usiłował zajrzeć mu w oczy, lecz tamten zagapił się do wnętrza kubka, ciężkie powieki zakryły błękitne źrenice.
Pan Berbelek ujął go za ramię, pociągnął.
— Chodź, chodź, jest już dzień, czas ucieka, byliśmy przecież umówieni, czyż nie złożyłeś jej przysięgi, wyjdź na świeże powietrze, no, musimy iść.