— Urodziłam się w siedemset trzynastym roku Po Upadku Rzymu — zaczęła w klasycznej grece attyckiej, pół szept, pół śpiew. — W krainie pyru i harmonii. Przez pierwsze dwieście lat nie postawiłam stopy na powierzchni Ziemi. Żyłam w ogniu; żyłam pod Ziemi zielonym okiem, pod jej czarnym ślepiem, półmiesięczny dzień, półmiesięczna noc, wszystko było większe, prawdziwie nieskończone czas, świat, szczęście, młodość, matka. Cztery wieki w koronie mojej matki, u jej boku, tak, mój drogi, widzisz także ejdolos bogini, dokądkolwiek pójdę, ile lat nie minie, jej morfa pozostanie we mnie, pozostanie mną. Leese zobaczyła i poznała. Przyszła złożyć hołd — lecz jej hołd był taki: wieczne milczenie; musiała zginąć. Nadal bowiem karzą za mnie śmiercią. Narzuciłam sobie inną powierzchowność, choć wiem, że fizys akurat najmniej ważna; gdybym mogła, maskowałabym się lepiej. Ale nie mogę, matka jest zbyt silna. Jest najsilniejszym człowiekiem, jaki się kiedykolwiek narodził. Zanim się przeciwko niej zjednoczyli i ją wygnali, rozciągnęła swój porządek na większą część Europy, połowę Afryki, część Azji. Tak, ogarnęłaby całą Ziemię, i to byłoby dobre, błogosławilibyście ją. Masz rację, ja nie mogę inaczej mówić, nie mogę inaczej myśleć, ale — wierzysz mi, Hieronim?
Ujął jej rękę, przysunął nadgarstek do warg.
— Ja nie mogę inaczej myśleć. Wyrwała dłoń.
— Patrz mi w oczy. Jestem córką kratisty Illei Kollotropyjskiej, Illei Potnii, Illei Okrutnej, Księżycowej Wiedźmy. Nazywam się Szulima Amitace po ojcu, esthlosie Adamie Amitace, teknitesie psyche. Zstąpiłam na Ziemię, by położyć kres Skrzywieniu świata.
Siedem, osiem, dziewięć, liczył uderzenia swego serca; nie było dobrze.
— Jak mogę złożyć ci hołd i przeżyć?
— Nie chcę, żebyś składał mi hołdy!
Poderwała się w równie nagłym wybuchu energii, co uprzednio, zeskakując z łoża i podbiegając do najbliższego okna; gdyby nie siatka feidiczna, pewnie wypadłaby na balkon, może wybiegła do ogrodu. Wielki owad nocy trzepotał się za siatką — uderzyła grzbietem dłoni, odpadł.
Dłuższą chwilę zajęło jej uspokojenie oddechu i głosu.
— Obiecałam ci największą bitwę wszech czasów. Już od niej nie uciekniesz, ty już jej czekasz. Mamy w niej wobec ciebie dwa plany. Którykolwiek się ziści, nie będzie nam potrzebny Hieronim Berbelek klęczący, lecz Hieronim Berbelek, co pluje kratistosom w twarz. Ja chcę takiego Hieronima Berbeleka.
Nie spoglądała na niego, odwrócona plecami, gdy mówiła, zapatrzona w alexandryjską noc. Pan Berbelek usiadł, dotknął stopami zimnej posadzki. Zapach hyexowego kadzidła spowalniał jego ruchy i myśli. Smukła sylwetka kobiety w wysokim prostokącie okna — ten jeden obraz wykreślał się w jego źrenicach jasno i wyraźnie. Przypomniał mu się irgowy sztylet pozostawiony pod kirouffą. Za późno, za późno, na wszystko za późno, morfa młodzieńczej miłości ściskała mu serce. Abel, Alitea — z was się narodziłem. Abel, Abel, Abel.
Pan Berbelek potrząsnął głową, zrezygnowany.
— Co zatem, co, kto Skrzywił Afrykę?
Żółty blask Księżyca nadawał ciemnej skórze Szulimy Amitace gładkość i barwę tysiącletniego posągu z brązu.
— Pora już, byś spotkał się z moją matką.
Μ
Wyniesienie
Światła Knossos, ryk rozbijającego się o falochrony morza, krzyk ptactwa, smród wielkiego miasta, ognie Labiryntu — zostawili już to wszystko za sobą. Czarnowłosa pastereczka wyprowadziła pana Berbeleka — przez gaje oliwne i figowe, przez winnice, polnymi dróżkami i między łanami neomorfowych zbóż — na zielone łąki rozciągające się na stokach wzgórz południowych. Cały Kaftor to góry skaliste i góry zielone, bogowie po wielekroć przeorali go wszerz i wzdłuż, niezliczone trzęsienia ziemi, eksplozje wulkanów, był to kraj wielkiego nieporządku i zmęczenia przyrody, dopóki Pani Illea nie wzięła go pod swoje skrzydła. Czy to tu zaczął rosnąć jej anthos, czy stąd właśnie wyszła w świat? Nie ma zgody między kultami i historykami. Ta wyspa wszakże wykarmiła się na jej piersi jako jedna z pierwszych, jeszcze zanim kratista ruszyła na północ, na wschód, na południe, wygładzając i porządkując keros, gdziekolwiek stąpnęła. Obecnie Kaftor balansuje na granicy trzech koron: czarnoksiężnika z północnego wschodu, Siedmiopalcego ze wschodu i Nabuchodonozora z południa. I bynajmniej nie cała morfa Księżycowej Wiedźmy została stąd wytarta; czyż to nie dzięki niej mogli teraz, w środku zimy, o wilgotnym przedświcie krótkiego dnia wędrować bezśnieżnymi łąkami, odziani jedynie w lekkie płaszcze, z soczystą trawą pod stopami?