— Osobliwe masz rytuały żałobne. Mogę ci podpowiedzieć kilka znacznie lepszych sposobów na wyrównanie rachunków ze swoim sumieniem. Na przykład poświęć ten czas Alitei. Albo mnie. Albo choćby właśnie pieniądzom: jeśli to jest twoja walka, w niej odbudujesz swą siłę. W ostateczności mogę cię porządnie wybatożyć, może w tym znajdziesz ulgę. Wiesz, że jęczysz przez sen?

— Co robię?

— Jęczysz, mamroczesz, skomlesz przez zaciśnięte zęby. Muszę cię budzić, żebym sama mogła w ogóle zasnąć. Dałbyś sobie wreszcie spokój, im dłużej będziesz grzebał w tej ranie, tym bardziej się spaprze.

— A wydawało mi się, że ty akurat będziesz mnie wspierać. Sama — ile lat poświęciłaś na badanie tajemnicy Skoliodoi? Dwanaście? Nie bądź zazdrosna o cudze obsesje. Nie uwierzę zresztą, że już się nie interesujesz. Po co właściwie czytasz te starocie, mhm?

Szulima odłożyła zwój. Przerzuciwszy poduchę na drugą stronę łoża, wsunęła się na leżącego na wznak Berbeleka, rozprostowała nogi wzdłuż jego nóg, oparła się przedramionami na jego piersi, gorące ciało na ciele chłodnym i wilgotnym. Odgarniał dłonią jej włosy, by nie spadały mu na twarz.

Spoglądała z powagą, oddalona zaledwie o trzy, dwa oddechy, znał tę powagę.

— Więc nie odpuścisz? — spytała.

— Nie — odparł, dostosowując się do jej tonu. Szukał w jej twarzy jakichkolwiek znaków zdradzających uczucia myśli, nastrój, ale — jak zwykle, gdy nałożyła alabastrową maskę esthle Amitace — nie potrafił nic odczytać.

— I naprawdę chcesz wiedzieć. — Przygryzła dolną wargę.

Dopiero wtedy zrozumiał.

— Ty wiesz — szepnął.

— Wiem.

— Ty wiedziałaś, wiedziałaś.

— Wiedziałam.

— Zabrałaś mnie tam — po co?

— Zwolnij trochę. Najpierw — auu, to boli, puść! — najpierw moje słowo: żadnej waszej krzywdy nie chciałam, Abel równie dobrze mógł w ogóle nie jechać, zależało mi tylko, żebyś przeszedł Żółwią, chciałam cię zobaczyć w Skrzywieniu. Wierzysz mi, Hieronim?

— Ty wiesz, że zawsze ci wierzę. — Ujął jej głowę w obie dłonie, przysunął do swojej, pół, ćwierć oddechu, anthosy zlewają się w jeden, zaraz nawet ich serca będą bić w tym samym rytmie. — Na jeziorze w noc Izydy. Co mi powiedziałaś. Wcale nie jesteś gońcem kratistosów. Co to nie byłby nigdy zdolny do kłamstwa.

— Nie mówiłam, że jestem. Przypomnij sobie. Nie mówiłam.

— Po co się zapierasz? Skoro nie jesteś, kłam do woli. Roześmiała się chrapliwie. Położywszy gorącą dłoń na policzku Hieronima, przesunęła paznokciem po grzbiecie jego nosa, nad ustami, dokoła oka. Wymykała mu się z Formy, nic nie mógł na to poradzić, zaraz i jego skłoni do śmiechu.

* * *

— A jeśli sama mówię, że kłamię. To jest to prawda, czy kłamstwo?

— Prawdą jest, że mówisz, że kłamiesz. — Nie żartuj! Hieronim.

— Kiedy zaczynasz to mówić, jest jeszcze prawdą; gdy kończysz — już kłamstwem.

— A gdybyś dostał taki list: Wszystko, co tu napisano, jest kłamstwem.

— Nie ma znaczenia, co by tam napisano. Powiedzmy, że trzymam w dłoni jajko, z którego wykluwa się kurczę. Czy okaże się kogutem, czy kurą? Tego jeszcze nie sposób stwierdzić. Ale ja mówię stanowczo: „To jest kogut”. I niech to faktycznie będzie kogut. Tym niemniej — kłamałem.

— Zatem decyduje intencja.

— Zawsze. Czymże jest kłamstwo bez kłamcy? Przypadkiem słownym.

— A prawda?

— Też.

— Więc nawet jeśli potem przekonasz się, że słowa zgadzają się z rzeczywistością…

— Skoro wypowiedziane w intencji kłamstwa…

— A fałsz wypowiedziany z pełnym przekonaniem?

— Skąd wiesz, że fałsz, skoro uważasz go za prawdę?

— Dowiaduję się potem.

— Ale wtedy już nie utrzymujesz, że jest prawdą.

— Jakże więc? To samo twierdzenie raz jest prawdziwe, a raz fałszywe?

— Wiem, wiem, aristotelesowcy by mnie ukamienowali. Żaden ze mnie sofistes. Kłamstwo i prawda zawsze jednak zależą od tego, kto mówi i kto słucha. Ty na przykład. Kim ty naprawdę jesteś? Cokolwiek powiesz mi teraz — wiem, że ci uwierzę, i to będzie prawda.

Szarpnęła głową, wyrwała mu się z objęć. Podciągnąwszy energicznie nogi, usiadła na piersi Hieronima, kolanami rozsuwając mu ramiona. Siedziała wyprostowana, z rękoma ułożonymi symetrycznie na udach, z włosami odrzuconymi na plecy, głową uniesioną, spoglądała z góry, bez uśmiechu prawy profil oświetlony, lewy w cieniu, prawa bransoleta lśniąca, lewy wąż w cieniu, niewzruszona poza króla, kapłana, nawet piersi prawie się nie unoszą w spokojnym oddechu, czemu ona jest taka spokojna, gdy spogląda w dół na niego, jak na gada, którego właśnie przydepnęła, to, co pełza w pyle, nie jest warte żadnego uczucia, nawet pogardy czy obrzydzenia — pan Berbelek w tym momencie dokładnie zrozumiał, dlaczego ów gampantrop bez wahania poszedł był pod nóż esthle Amitace, maiowej nocy powitalnego przyjęcia Laetitii, dlaczego ułożył się bezwolnie u stóp Szulimy, pięknej, najpiękniejszej, i czekał na śmierć.

Перейти на страницу:

Похожие книги